Ach, te pazerne konowały…

Wspólnym mianownikiem obu tekstów jest temat zarobków lekarzy i naszego stosunku do pieniądza. Stosunku – jak wyraźnie i niejednokrotnie jest to podkreślane – mocno drapieżnego, wręcz zachłannego. Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że styczniowy Newsweek przedstawia swoim czytelnikom lekarza jako chciwego, oślepionego żądzą zysku wyrobnika, dla którego pacjent jest tylko kolejną procedurą mającą pomnażać cyfry na comiesięcznym wyciągu z konta. Nie powinno zatem budzić zdziwienia, że ja, jako lekarz, przedstawiciel krytykowanej grupy zawodowej, mam zamiar wdać się w dyskurs na ten jakże często ostatnio poruszany przez media temat.

Dlaczego zabieram głos

Powiedzmy sobie szczerze – większości lekarzy jest wszystko jedno, co pani redaktor napisała sobie o nas w swoim dziale. Jesteśmy zbyt zajęci pracą i resztkami osobistego życia, by choćby przejąć się kolejnym atakiem, co dopiero próbować na niego odpowiedzieć. Dla odmiany ci lekarze, którzy najbardziej odpowiadają wizerunkowi nakreślonemu przez omawiany reportaż, kładą na to wszystko podwójny zwis, ponieważ mają już z dawna wyrobioną pozycję, ciepłą posadę i wcale nie mają zamiaru się kryć z tym, ile zarabiają. Problem polega na tym, że stanowią zamkniętą i stosunkowo małą grupę lekarzy, przeważnie o specjalnościach zabiegowych, którzy z codziennym pacjentem z przychodni POZ ma niewiele wspólnego. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że tygodnik Neewsweek ze swoją sprzedażą na poziomie ok. 120 tys. egzemplarzy (dane z 2012 r.) przykuje uwagę chociaż części czytelników, z których kolejna część bezrefleksyjnie popłynie za autorką tekstu, to mamy właśnie kolejną armię kilkudziesięciu tysięcy niezadowolonych i oburzonych pacjentów. Pacjentów, z którymi będą mieli do czynienia głównie lekarze pierwszego kontaktu, lekarze rodzinni, interniści, lekarze z przychodni.

A oni przeciętnie nie zarabiają stawki wspomnianej w artykule.
I może niekoniecznie interesuje ich tylko mamona.
I może myślą o dobru pacjenta.

Zabieram głos z bardzo prozaicznego powodu: 1) jestem młody i jeszcze mi się chce 2) jestem młody i jeszcze nie wszedłem we wspomniany tryb 10 dyżurów w tygodniu, mam więc czas na pisanie. Jestem świadomy swojego krótkiego doświadczenia zawodowego i nie próbuję udawać, że wiem wszystko. Odpowiadam tu przede wszystkim w moim imieniu, przytaczam moje prywatne przemyślenia, ale jednocześnie wierzę, że wielu innych lekarzy podziela moje zdanie.

Jak cię piszą, tak cię widzą

Temat zarobków lekarzy wraca jak bumerang i nieodłącznie wiąże się w czasie z sezonem ogórkowym w mediach. Żyjemy w demokratycznym kraju i każdy może pisać o czym chce, póki nie łamie prawa, ale zastanówmy się – kto ostatni raz czytał osobny artykuł „ile zarabiają dziennikarze”? Albo piekarze? Albo menedżerowie? Dziwnym trafem jesteśmy grupą społeczna wcale często braną na świecznik i prześwietlaną publicznie. Może też dlatego powoli zaczyna nam być wszystko jedno. Tylko czekać, aż pojawią się statystyki „przeciętna ilość kochanek kardiologa”, „na drogach coraz więcej pijanych ginekologów”…

Nie, pisanie o naszych zarobkach mnie nie bulwersuje. Mało tego, czasem jest dla mnie przydatnym źródłem informacji. Języczkiem u wagi, który przekonał mnie do odpowiedzi, był ogólny wydźwięk reportażu pani Anny Szulc. Zdaje mi się, że w ostatnich latach lekarz stał się przysłowiowym chłopcem do bicia, o którym każdy może bez konsekwencji pisać, co chce. Jeszcze 7 lat temu, gdy szedłem na studia, zawód lekarza był w moich oczach czymś naprawdę prestiżowym, godnym zaufania. Dziś, czytając prasę, oglądając telewizję, podsłuchując rozmowy w autobusie, czy – nie daj Boże – czytając komentarze w Internecie, dowiaduję się ze wszystkich stron, że jestem niekompetentnym chamem, złodziejem, czasem nawet mordercą. Wiem, że każdy ma szansę sam sobie wystawić świadectwo swoimi czynami i postawą i tak właśnie staram się robić, ale nie rozumiem, dlaczego miałbym startować z minusowej pozycji. Nie czuję się winnym.

W trakcie studiów widziałem na własne oczy, jak z roku na rok wizerunek przeciętnego pacjenta zmieniał się z osoby chorej i potrzebującej pomocy lekarza na osobę z problemem medycznym i żądającą usługi. Oczywiście, problem nie dotyczy wszystkich i wszędzie, mówię bardziej o pewnym utrzymującym się trendzie. Ale problem jest i zaczynają mówić o nim nawet sami lekarze. Twarz medycyny zmienia się i każdy jest za nią równie odpowiedzialny – lekarze, dając się ponieść zmianom, pacjenci – traktując leczenie jak usługę, a siebie jak klienta i wreszcie media – kształtując opinie o polskiej Służbie Zdrowia. Wszystko to do melodii przygrywanej przez NFZ.
Nie twierdzę, że nie wolno pisać o naszych przywarach lub wytykać nam błędów. Ale liczę, że każdy dziennikarz, który pisze coś bulwersującego o lekarzach, ma świadomość, że oprócz wzbudzania sensacji, dokłada swoją cegiełkę do budowania zaufania publicznego do lekarzy, bądź to zaufanie burzy. A, jak wiadomo, burzy się dużo łatwiej niż buduje.

Nierzetelne dane

Kolejną rzeczą, która uderzyła mnie w tekście „Operacja mamona” była bajkowość kwot tam przytaczanych. Nie, nie twierdzę, że lekarz nie może zarabiać 30 czy 40 tys. zł miesięcznie, sądzę, że jest to bardziej niż możliwe. Ale dlaczego w artykule sypie się pięciocyfrowymi kwotami jak z rękawa bez słowa komentarza? Co właściwie nam mówi informacja, że „anestezjolog z Poznania zarabia 21 tys. zł z dyżurami”?! Netto czy brutto? Na umowie cywilno-prawnej czy na umowie o pracę? Jakie są warunki jego pracy, co wchodzi w jego obowiązki. I wreszcie – z iloma dyżurami?! Czy naprawdę redaktor szanującego się tygodnika o dużym zapleczu merytorycznym nie możne sięgnąć po bardziej rzetelne źródła i np. podawać stawkę godzinową netto, dodając w komentarzu informacje o dodatkowych źródłach dochodu?

Następna magiczna abrakadabra: przeciętne wynagrodzenie lekarza z II° specjalizacji wynosi 7675 PLN brutto. Przyzwyczajenie człowieka z wyższym wykształceniem każe zapytać: skąd te dane?! Niestety, publicystyka i literatura popularno-naukowa nie ma w zwyczaju bawić się w przypisy, tak dobrze znane ludziom na co dzień korzystającym z publikacji naukowych. W całym tekście „Operacja mamona” pada z nazwy tylko jedno źródło: raport firmy Sedlak&Sedlak. Na jednej ze stron prowadzonych przez tą firmę, wynagrodzenia.pl, można sprawdzić, że mediana pensji wspomnianego specjalisty wynosi 5750 PLN brutto, a wszystkich lekarzy ogółem…3910 PLN brutto.

Inne źródła

Nie zniechęcając się zbyt szybko, postanowiłem poszukać w innych źródłach informacji o zarobkach lekarzy. Znalazłem kilkanaście artykułów opublikowanych na przestrzeni 2013 r. dotyczących naszych płac. Wśród nich wymienić mogę m.in. te opublikowane na łamach poniższych czasopism/portali:

Nie jest to jednoznacznie napisane, ale wszystko wskazuje na to, że wszystkie ww. publikacje powołują się na tą samą informację podaną przez Ministerstwo Zdrowia, które opublikowało statystyki w oparciu o dane ankietowe przekazane przez dyrektorów szpitali, zebrane w kwietniu 2011 i marcu 2012. Niestety, nie udało mi się do nich dotrzeć, ale znalazłem stronę, która zawiera tabelę z przepisanymi kwotami:

I tu znów na usta cisną się te same pytania: czy podana kwota uwzględnia dyżury i dodatki? Jeśli tak, to ile? Jaka jest stawka godzinowa? I kolejna rzecz: statystyka opiera się na informacji z 600 szpitali w całej Polsce, co daje ok. 35 szpitali na województwo… Tak przeprowadzoną analizę można porównać do dowcipu, że Pan i jego pies mają statystycznie po trzy kończyny…

Stan faktyczny

Prawda jest taka, że nic nie wiadomo i nic nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić. Każdy lekarz wie tyle, ile przyzna mu się jego kolega po fachu, a i to niekoniecznie musi być prawdą (a można w takich wypadkach zarówno zawyżać jak i zaniżać swoje dochody).

To co jest bardziej pewne, to duża dysproporcja w zarobkach. Nie było dla mnie rzadkością słyszeć o lekarzach zarabiających 3 tys. zł brutto razem z dyżurami i nie wątpię, że inni lekarze spłacili swoje drogie samochody w kilkunastu raptem ratach. Rozbieżność w wynagrodzeniu bierze się głównie z zaradności (bądź jej braku) samych lekarzy i warunków, na jakie się godzą. Innym czynnikiem determinującym wysokość zarobków są oczywiście uwarunkowania czysto gospodarcze typu popyt-podaż. Nie przypadkiem w przytoczonych wyżej artykułach powtarza się stwierdzenie, że lekarze specjalności zabiegowych zarabiają więcej: chirurdzy, (zwłaszcza naczyniowi), kardiolodzy interwencyjni, neurochirurdzy, anestezjolodzy… Lekarze leczący zachowawczo (aka interniści) windować stawki mogą praktycznie tylko na wizytach w prywatnych gabinetach. Oczywiście, przy odpowiednim samozaparciu, mogą się zbliżyć do zarobków swoich operacyjnych kolegów… I tak dalej i tak dalej. Tu dochodzimy do sedna – faktem jest, że lekarz może dużo zarobić (wartość bezwzględna). Ale pytanie, jakim kosztem: wspomnianymi przez panią Szulc trzema etatami z dyżurami (wartość względna)? Czy sytuacja, w której ktoś pracuje 60, 80 i więcej godzin tygodniowo jest warta społecznej zawiści?

Ziarno prawdy

I tu doszedłem do momentu, w którym zaczynam się zgadzać z wnioskami płynącymi z obu tekstów opublikowanych w Newsweeku – istnieje spora część lekarzy, która zatraciła się w pogoni za pieniądzem. I nie licząc się przy tym z konsekwencjami – zmęczeniem, ryzykiem popełnienia błędu, zniecierpliwieniem w kontakcie z pacjentem. Ja się tylko pytam: dlaczego gdy czytam ten reportaż, to mam wrażenie, że jest on o lekarzach w ogóle? Studia medyczne kończą ludzie, nie istoty nadprzyrodzone. Jak w każdym innym zawodzie tak i w naszym zdarzają się ludzie bezwzględni, dla których pieniądze są najważniejsze. Przedstawianie tak spłaszczonej, jednowymiarowej rzeczywistości, w której lekarze są zamkniętą korporacją liczącą zyski tylko całą sytuację nakręca – lekarze niestawiający przychodów na pierwszym miejscu są pod ostrzałem pacjentów, którzy z kolei oczekują, że przyjmie ich Pan Doktor ze złotym Rolexem i podjeżdżający pod przychodnię co najmniej S-klasą. Przyznajmy szczerze: czy taki lekarz nie budzi u nas więcej zaufania niż nawet najlepszy specjalista w dżinsach i t-shircie? Każdy mimowolnie wchodzi w rolę nadaną mu przez otoczenie. Owszem – ma wybór. Tylko, że czasem tylko pozorny – no bo jak się przyznać rodzinie, że się zarabia tyle co w przysłowiowym McDonaldzie? Już lepiej się zaharować – zastaw się a postaw się.

Towarzystwo wzajemnej adoracji

Rację muszę przyznać również w innym nieco temacie, poruszanym w wywiadzie z dr Grzegorzem Luboińskim – duża część naszego naukowego środowiska jest bardziej skostniała niż modelka na wybiegu. Tworzą się zamknięte śmietanki towarzyskie podobne nieco do masonerii, które nie wpuszczą w swe kręgi nikogo „nie swojego”. Wszystko to ze stratą dla faktycznego rozwoju i postępu naukowego. Oczywiście, sytuacja nie odnosi się do całej Polski, ale problem jest.

Alter wnioski

Zastanawiam się, czy autorce i czytelnikom publikacji „Operacja mamona” przyszła do głowy myśl, że do opisywanego zjawiska pracy na kilku etatach nie dochodziłoby, przynajmniej na taką skalę, gdyby pensje bazowe były wyższe? „Okazało się, że możemy zarabiać tyle, co koledzy z Zachodu”, mówi dr Luboiński. Tylko nie dodaje, że pracując na kilku etatach. Czy aby na pewno, jak mówi, „apetyt wciąż rósłby w miarę jedzenia”, gdyby lekarz mógł zarabiać w szpitalu na jednym etacie tyle, co teraz na dwóch, z 10 dyżurami w miesiącu? Szczerze wątpię. Spytacie, czy mi się przypadkiem w d…głowie nie poprzewracało? Cóż, z pomocą przychodzi matematyka: jeżeli przeciętny etat w szpitalu to 3400 – 3600 PLN brutto, to nietrudno obliczyć, że przy ustawowych 7h 35 min pracy średnia stawka godzinowa wynosi… 22-24 zł brutto. I jest to opłata za bycie odpowiedzialnym za czyjeś zdrowie i życie. Niecałe dwa razy więcej niż smażący kotlety we wspomnianym już fast-foodzie.

Wytykanie palcami to często u ludzi praktykowana dyscyplina sportu. Dziennikarze powinni uwierzyć, jak wielki potencjał mają w budowaniu społecznego zaufania do ludzi, o których piszą i jak niszczycielskie mogą być skutki ich krytyki. Skakanie po zamkach z piasku daje pewnie i więcej satysfakcji niż ich budowanie, szkoda tylko, że kosztem ich twórców.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim!

Zobacz też

O autorze

Krzysztof Ostaszewski
Redaktor Naczelny
Redaktor naczelny BML. Członek Porozumienia Rezydentów. W 2013 rozpoczął rezydenturę z onkologii klinicznej. W trakcie studiów wyjechał na praktyki do Austrii i Łotwy, odbył również roczne stypendium w Hiszpanii w ramach programu ERASMUS. Żegluje i jeździ po świecie rowerem. Dużo :-).
"Hasta la muerte, todo es vida." - Miguel de Cervantes, Don Quixote de la Mancha

Komentarze na temat “Ach, te pazerne konowały…”:

  1. Chyba najbardziej pogrążający ten artykuł jest brak jakichkolwiek odnośników do źródeł wiedzy, na których szanowna pani redaktor się opierała. Przyznam, że wypowiedzi tak „wiarygodnych” osób jak choćby „dr Agnieszka”, która chce pozostać anonimowa oraz pewnego „młodego chirurga z Podkarpacia” ewidentnie przydają prawdziwości słowom autorki, która w dodatku najprawdopodobniej wkłada wiele nowych informacji w usta swoich rozmówców, bo z ich wypowiedzi wynika, że nie wiedzą ile godzin ma doba, jak wygląda prawo pracy i polska rzeczywistość. Z resztą wystarczy z teksu wycisnąć same wypowiedzi rozmówców (lekarzy/dyrektorów) i okaże się, że poziom skretynienia, obłudy i absurdu sięga poziomu, w którym zakrzywia się czasoprzestrzeń i jest, zwyczajnie mówiąc, niewiarygodny: lekarze szantażowali dyrektora pacjentem w ciężkim stanie???!!! Przecież to skandal. Dyrektor powinien powiadomić prokuraturę, a nie dawać podwyżkę. A tak, niech sobie płacze. Młody chirurg z Podkarpacia dyżuruje 3 razy w tygodniu? Jeśli prywatnie, to kiedy śpi? A jeśli państwowo, to kiedy bywa w pracy, skoro po dyżurze obowiązuje 11 godzin odpoczynku? Oj, śmierdzi to oszustwem. No chyba, że za szlachetne „dyżurowanie” uznamy kilka godzin w prywatnym gabinecie popołudniami. Biedna dr Agnieszka z mężem „nie wiedzą w co ręce włożyć”, bo tak dużo mają pacjentów – jeśli przestaną przyjmować, to kto będzie leczył biedaków? Więc pracują. Tak mi ich żal. Niech się pocieszą tym luksusowym wibratorem, który kupili.
    A ja muszę stanowczo lepiej przyjrzeć się działaniom swojego banku, bo chyba okradł mnie w zeszłym roku z 13 tysięcy złotych, które przecież zarobiłem, jak podaje autorka artykułu, na stażu (ja rozumiem, że dane o zarobkach specjalistów są niepewne, ale wysokość pensji stażysty jest ustalona i regulowana rozporządzeniem ministra. O rzetelność jak widać czasem niezwykle trudno).
    Błędów, zaokrągleń, niepewności i wynurzeń wyobraźni oraz zwykłych plotek jest w tekście tak wiele, że aż trudno go komentować. Dzięki Kostasz, za solidne i chłodne emocjonalnie omówienie sprawy.

    1. Że wypowiadający się w artykule lekarze chcieli pozostać anonimowi, to ja się akurat nie dziwię. Podejrzewam, że zainteresowane osoby i tak już się dowiedziały kim jest np. pani doktor Agnieszka, bo urologów-kobiet nie ma za wiele, a na dodatek wiemy, że jest z rodziny lekarskiej… Jestem pod większym wrażeniem dr Luboińskiego, który miał odwagę mówić z otwartą przyłbicą. Bardzo mnie ciekawi, jak dalej potoczy się dalej jego kariera…
      Co do szantażowania dyrektora szpitala, to słuszna uwaga – skoro nie zgłosił temu prokuratorowi to właśnie sam się przyznał publicznie do błędu. A pensja lekarza stażysty wynosi dokładnie 2007 zł brutto i informacja o tym widnieje na stronie Ministerstwa Zdrowia. Dodatkowo, lekarz na stażu NIE MOŻE pracować w innych placówkach medycznych, więc nie ma mowy o żadnych widełkach w postaci „2-3 tys zł zarobków”. Pensja jest sztywnie ustalona i można to sprawdzić, wystarczy chcieć…

  2. Kariera dr Luboińskiego jest raczej nie zagrożona…zarabia raczej na szkoleniach, z leczeniem ludzi ma już chyba niewiele wspólnego…

    Bardzo mnie martwi, że takie szkalujące artykuły ukazują się całą serią. Ewidentnie nastawiają społeczeństwo przeciw ‚złym i pazernym lekarzom’. Szkoda, że do średniej pensji nie wliczają pracy osób robiących specjalizację na wolontariacie…albo rezydentów wmanewrowanych w darmowe dyżury. Ale w końcu wolontariuszy nie obejmuje kodeks pracy, po co wliczać ich do statystyk? Jeszcze przestałyby się zgadzać z zamysłem autorki artykułu…

    1. Wolontariuszy jak najbardziej obowiązuje kodeks pracy – podpisują w końcu umowę o pracę z wynagrodzeniem 0 zł. Nie płacą składek na ZUS, mają darmowe urlopy, ale są np. ubezpieczeni. Temat wolontariatu jest osobnym, poważnym problemem, który mam zamiar poruszyć jeszcze na łamach BML.

  3. Ja doskonale rozumiem złość na artykuł, doskonale rozumiem argumenty i uważam, że uogólnianie, że wszyscy lekarze są, na podstawie niesprawdzonych danych i bez podawania źródeł jest złe. Nie zgadzam się natomiast z tym, ze taka sytuacja jest nieprawdziwa.
    Mam 30 lat, w całym swoim życiu, nie spotkałam jeszcze lekarza, którego by cokolwiek obchodziło. Mam postępujący niedowład obu dłoni i od lekarza pierwszego kontaktu nie mogę się doprosić skierowania na jakieś badania bo cytuję ” każdy by chciał zawracać dupę specjalistom, młoda Pani jest”..pogodziłam się z tym, uczę się z tym żyć, bo na wizyty prywatne mnie nie stać.
    Ostatnio poszłam do innego lekarza pierwszego kontaktu, bo kicham krwią… dostałam skierowanie na pilną konsultację laryngologiczną i od dwóch tygodni się nie mogę do tego laryngologa nawet zapisać, bo albo nei ma już miejsc, albo akurat nie sa prowadzone zapisy… adnotacja że pilne, nic nie znaczy i skierowaniem się mogę podetrzeć…usłyszałam wręcz nawet, że gdyby sytuacja wymagała naprawdę pilnej konsultacji, to bym wykombinowała kasę na prywatne wizyty, jak tego nie robie, znaczy nie jest tak źle…. Byłam świadkiem sytuacji w której lekarz gwizdnął dzwiami staruszkę, która próbowała przez nie przejść..gwizdnął ją tak, że przywaliła głową w kant recepcji i zamiast jej pomóc, czy chociaż kurcze przeprosić, to jeszcze jej nawymyślał ( przy poczekalni pełnej pacjentów, zero stresu) że mu stoi na drodze jak on się spieszy… ledwo poruszająca się starsza Pani o lasce… no dziwne że nie uskoczyła nie?
    Takich sytuacji na które trafiam ja i moi znajomi moznaby opisać wiele, więc powiedz mi proszę o jakim zaufaniu do lekarzy mówimy? tu nie ma czego niszczyć.. wizerunek lekarzy legł w gruzach dawno temu i sami to skutecznie uczynili.

    1. Witaj Ixo. Dziękuję za szczerą wypowiedź.
      Sytuacje, które opisujesz, smucą mnie podwójnie. Po pierwsze, są one prawdziwe i Twoja relacja jest daleka od dramatyzowania, nie jest to przykład szukania taniej sensacji, tylko opis przerażającej nieraz rzeczywistości. Po drugie, wynikają one ze złej woli, braku wychowania, zniecierpliwienia lekarzy lub wszystkich tych czynników razem i nie ma na nie usprawiedliwienia.
      Jak sam wspomniałem w moim tekście, każdy ma szansę sam sobie wystawić świadectwo swoimi czynami i postawą. Ja mogę odpowiadać tylko za siebie i staram się postępować jak najlepiej. I trzymać kciuki za kolegów.
      Nie mogę się natomiast zgodzić na uogólnianie. Na każdy negatywny przykład źle postępującego lekarza mogę wymienić dwa dobre. Albo trzy, albo więcej. W trakcie studiów, stażu i (krótkiej jeszcze co prawda) pracy poznałem wielu lekarzy, którzy są dla mnie wzorem. Czy poznałem lekarzy źle traktujących pacjentów? Oczywiście. O takich ludziach zwykłem mówić, że „mają wykształcenie wyższe bez podstawowego”. Ale parafrazując wspominanego w ostatnich dniach Niemena wierzę, że „lekarzy dobrej woli jest więcej”. Zwróć uwagę, że negatywne przykłady przytacza się dużo częściej i chętniej oraz głośniej się o nich mówi. O pozytywach wspomina się rzadziej, i nie dotyczy to tylko opisu stanu Służby Zdrowia, taka jest ludzka natura w ogóle. Mam takie samo prawo mówić o tym, że nie wszyscy lekarze są oślepieni żądzą zysku, jak redaktor tygodnika ma prawo pisać, że są. I będę pisał dalej.

  4. Bardzo to wszystko przykre bo 10 lat temu jako lekarz robilam dokladnie to samo co dzis i bylam podobna osoba(jestem lekarzem) i wtedy spotykalam sie z szacunkiem mila atmosfera zaufaniem i usmiechem , a dzis spotykam tylko wrogosc i nienawisc! Nie da sie tak dalej pracowac,mysle o wycofaniu z dyzurow.

  5. Witaj,

    z uwagą od dłuższego czasu śledzę Twoje wpisy. Zgadzam się z Twoją opinią, że artykuł nie odpiera się na żadnych konkretnych źródłach, a przecież szanujące się pismo powinno o to zadbać. Pomimo wielu sytuacji w których troszkę ograniczyłam zaufanie do służby medycznej należy spojrzeć prawdzie w oczy: nie ma doktorów Judymów którzy leczą za darmo. I wcale się nie ma czemu dziwić, bo przecież każdy z nas chce otrzymywać wynagrodzenie za swoją pracę prawda? W dodatku pracę tak ciężką jaką jest praca lekarza. I mogą sobie tutaj krzyczeć wszyscy że „co oni robią darmozjady”…. Ano robią: są odpowiedzialni za nasze życie i zdrowie! I należy im się za to szacunek. Z drugiej strony lekarze zawsze powinni pamiętać o odpowiednim traktowaniu pacjentów.
    Wszystkim lekarzom życzę wytrwałości i sukcesów w ratowaniu ludzkich istnień a pacjentom, lekarzy takich jak Kostasz:) Pozdrawiam Cię i trzymaj tak dalej, Basia

    1. Dziękuję za miłe słowa. Dobrze wiedzieć, że tekst cieszy się popularnością mimo nie pierwszej już świeżości 🙂

  6. Takie mam nowe przemyślenia…
    Powiedzcie mi czy to coś złego, że lekarz za podstawę pracy będzie otrzymywać 3 średnie krajowe?
    Czy byłoby to naprawdę źle i niewiarygodnie niesprawiedliwe, by lekarz 10 lat po studiach zarabiał 4k, po specjalizacji 8k, a 40 lat 12k… a były jednostki wybitne, których zarobki kształtowałyby się w granicach 20-50k?

    Mowa o podstawie… czyli dodatkowo za każdą nadgodzinę, dyżur….

    Ileż to by rozwiązało patologii?
    Nagle opłaciłoby się zatrudnić rejestratorkę medyczną, może pani z ZUS przyjechałaby łaskawie dać bloczki ZLA w końcu to ZUS tu jest petentem…

    Widzę dziennikarzy, którzy opisują przypadki medyczne krok po kroczku prowadzone książkowo… tylko w tekście dziennikarza, który nie podał ani jednego błędu jakoś lekarze są negatywnie oceniani.

    Mamy system taniości i proponuję rozejrzeć ile robi się u nas xyz operacji/składkę, ile przepisuje się leków/xyz składkę itp….

  7. Nie widzę powodów,żeby chwalić za dobrze wykonaną pracę,bo to obowiązek.Obowiązkiem dziennikarza jest informacja o błędach lekarzy,których jest za dużo ,a spanie na dyżurach to norma.Jak ktoś się nie nadaje do pracy nie powinien jej wykonywać.Ile dzieci musi umrzeć żeby szanowni lekarze to zrozumieli.

  8. W każdej grupie zawodowej istnieją czarne owce .Obojętnie czy jesteśmy nauczycielem policjantem czy lekarzem.Tylko ze względu na specyfikę tego zawodu działania tych przysłowiowych czarnych owiec są wyjątkowo dotkliwe dla ludzi .Ta cześć lekarzy która zatraciła się w pogoni za pieniądzem itd. niestety wpływa na złą opinię całego środowiska,co jest na prawdę smutne. Istnieje wielu tak wspaniałych i godnych podziwu lekarzy i pełny respekt do nich. Dlatego nie można uogólniać bo to jest krzywdzące dla tych naprawdę dobrych i uczciwych.Co do zarobku ..to wydaje mnie się że jest chyba trochę więcej ..ale nie wiem ja się na tym nie znam 🙂

Dodaj komentarz

Ze względu na ochronę antyspamową komentarz każdego nowego użytkownika musi być zaakceptowany przez moderatora. W związku z tym może minąć trochę czasu nim Twój wpis pojawi się na stronie. Prosimy o cierpliwość :).

Nie musisz podawać swojego adresu email. Jeśli to zrobisz, nie będzie opublikowany - przyda się, gdybyśmy chcieli się z Tobą skontaktować. Zachęcamy również do zapisywania się do newslettera!