Biurokracja w medycynie

W tym tygodniu mieliśmy na oddziale audyt wewnętrzny. Pod lupę poszły trzy „otwarte” historie chorób (tzn. pacjentów będących wciąż w szpitalu), losowo wzięte z biurka. Oto niektóre uwagi poczynione przez urzędników:

Brak numerowania stron na bieżąco

W świetle prawa każda strona historii choroby powinna być podpisana przynajmniej imieniem i nazwiskiem (a wypadałoby że i PESELem) oraz ponumerowana. Jestem nawet w stanie zrozumieć zasadność przypominania na każdej stronie, jak nazywa się nasz pacjent, ażeby sobie to dobrze w głowie utrwalić, w końcu repetitio mater studiorum est. Tak na poważnie, to przydaje się, żeby się nie pomylić i nie włożyć złych kartek do niewłaściwej historii choroby (a mamy ich całkiem pokaźne stosy). Nawet jestem w stanie pojąć cel, w jakim numeruje się strony – żeby nikt nie posądził nas o późniejsze fałszerstwo i krętactwo na wypadek jakiejś rozprawy sądowej o błąd w sztuce (ostatnio rosnący w siłę trend).

Numeracja u nas (i w większości szpitali zapewne) jest prowadzona ręcznie (długopisem znaczy się), ponieważ każda część historii choroby drukowana „z komputera” jest numerowana osobno, tzn. strony z wywiadem lecą 1-2-3, potem od nowa obserwacje strona nr 1-2-3 itd., nie wspominając, że kolejne badania laboratoryjne nie są w ogóle numerowane.
Co za tym idzie, wymaganie, by numeracja była prowadzona na bieżąco zakrawa o erotyczną fantazję sado-maso jakiegoś urzędnika/czki, który/a naczytał/a się za dużo 50 twarzy Grey’a.
Problem polega na tym, że w trakcie pobytu w szpitalu dokumentacji przybywa w kolejności chronologicznej, która nie pokrywa się z ich późniejszym porządkiem w dokumentacji, np. najpierw przyjdzie wynik badania, a potem napisze się obserwacje pacjenta, które na koniec muszą się znaleźć przed wynikami… Ludzie, którzy wymagają takich rzeczy albo nie wiedzą o czym mówią, albo wycinają sobie skórkę od chleba nożykiem i linijką podczas robienia kanapek.

Brak bieżących wpisów wykonywanych procedur w karcie rezydenta.

Pośród dokumentów, które rezydent otrzymuje z Urzędu Wojewódzkiego jest m.in. karta specjalizacji, a w niej jest kartka z tabelką do odkserowania, w której wpisuje się wykonane w trakcie specjalizacji procedury, będące podstawą zaliczenia specjalizacji i dopuszczenia do PESu. W większości wypadków wypełnia się to zbiorczo pod koniec jakiegoś stażu cząstkowego. Niniejsza propozycja wiązałaby się z chodzeniem po oddziale/ sali operacyjnej z zeszycikiem, w którym zamiast obserwacji lekarskich trzebaby zapisywać na bieżąco wykonywane przez nas czynności… o ile zostałby na nie jeszcze czas.

Nakaz pisania jako rozpoznanie główne procedury leczniczej ICD-9 zamiast rozpoznania głównego ICD-10

Przepis jak przepis, brzmi tak samo głupio, jak wszystkie poprzednie. Nie wspominałbym o tym, gdyby nie uwaga sekretarki naszego oddziału, która przypomniała sobie, że kiedyś nawet nasz oddział stosował się do tego zalecenia, ale potem okazało się, że NFZ przyczepił się do refundacji na takie rozpoznania… Krótko mówiąc, ludzie z administracji szukają chyba pretekstu, żeby iść na L4 z rozpoznaniem F05… na pewno diagnostykę należałoby zacząć u nich od toksykologii.

Wnioski

Nie wspominałbym o tym wszystkim zupełnie, gdyby nie jedna bolesna prawda – takich oderwanych od rzeczywistości uwag będzie coraz więcej. Już jest. I część z nich jest traktowana poważnie. Powoli, cichcem i małymi kroczkami robią z nas, lekarzy, coraz większych idiotów. Bocznymi drzwiami wchodzą do naszej codzienności obowiązki, które mogłaby spełniać niewykwalifikowana sekretarka po krótkim przeszkoleniu. Ale sekretarka kosztuje. A lekarz już jest w pracy, czemu by więc nie obciążyć go dodatkowymi obowiązkami za te same pieniądze?

Kto jest w takiej sytuacji większym błaznem – głupiec, czy ten, kto z głupcem przestaje?

W praktyce najczęstsze rozwiązania są dwa. Albo obowiązki „biurowe” wypełnia stażysta, tracąc ostatni przewidziany dla niego czas na „bezpieczną” naukę (na której nie ryzykuje swoim zdrowiem pacjent), albo dokumentację wypełnia sfrustrowany lekarz, któremu później trudniej się uśmiechnąć do pacjenta, gdy wygrzebie się wreszcie z pokoju lekarskiego spod tony papierów (obecnie e-papierów).

W obu przypadkach traci pacjent.

Zgodnie z przyrzeczeniem lekarskim, najważniejsze dla nas powinno być dobro pacjenta. Sfrustrowany lekarz to zły lekarz. Jeżeli naprawdę szanujemy siebie i chcemy dbać o dobro pacjenta, powinniśmy stanąć wszyscy murem i wybrać trzecie rozwiązanie: powiedzieć grzeczne, acz stanowcze „Nie, dziękuję”.

Trudne? Nierealne? Wiele rzeczy było trudniejszych i się udawały. Niech dyrekcja placówki zatrudni dodatkowy personel odpowiedzialny za samą papierkową robotę – gdy zobaczy, ile trzeba wydać na sekretarki, może zmniejszy swoje coraz bardziej wyśrubowane (bo egzekwowane za darmo) wymagania.

Warunek jest jeden – musielibyśmy działać solidarnie.

 Miniatura artykułu: beatbureaucracy.org

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim!

Zobacz też

O autorze

Krzysztof Ostaszewski
Redaktor Naczelny
Redaktor naczelny BML. Członek Porozumienia Rezydentów. W 2013 rozpoczął rezydenturę z onkologii klinicznej. W trakcie studiów wyjechał na praktyki do Austrii i Łotwy, odbył również roczne stypendium w Hiszpanii w ramach programu ERASMUS. Żegluje i jeździ po świecie rowerem. Dużo :-).
"Hasta la muerte, todo es vida." - Miguel de Cervantes, Don Quixote de la Mancha

Dodaj komentarz

Ze względu na ochronę antyspamową komentarz każdego nowego użytkownika musi być zaakceptowany przez moderatora. W związku z tym może minąć trochę czasu nim Twój wpis pojawi się na stronie. Prosimy o cierpliwość :).

Nie musisz podawać swojego adresu email. Jeśli to zrobisz, nie będzie opublikowany - przyda się, gdybyśmy chcieli się z Tobą skontaktować. Zachęcamy również do zapisywania się do newslettera!