Rezydentura szkodliwą jałmużną?

Liczby

W sesji marcowej br. MZ przyznało równo 500 miejsc rezydenckich, ubiegłej jesieni – 2464, podczas gdy tylko w 2013 r. samych lekarzy kończących staż podyplomowy było 3339. Sytuacja co roku konsekwentnie prezentuje się bardzo podobnie, tworząc coraz liczniejszą armie lekarzy muszących radzić sobie w inny sposób.
Oczywiście, rezydentura to nie jedyna droga do specjalizacji. Oczywiście, Państwo nie jest od tego, żeby rozpieszczać każdego lekarza i głaskać go po głowie. Sam nie jestem za tym, żeby każdemu z marszu gwarantować miejsce pracy, bo obniża to motywację do samokształcenia się i podnoszenia swoich kwalifikacji. Jednak system w obecnej formie zamienia młodych lekarzy w wygłodniałe psy, gotowe rzucić się sobie nawzajem do gardeł, byleby otrzymać jakiś ochłap rzucony przez wielce dobrotliwego Pana odpowiedzialnego za przydział finansowania. A gdy lud głodny, to nie ma czasu myśleć o niczym więcej poza napełnieniem żołądka i nie w głowie mu rewolucje. Mechanizm ten jest tyleż prosty, co genialny i od setek lat sprawdzał się wśród rządzących.

Pieniądze, pieniądze i… jeszcze raz pieniądze

Przyjrzyjmy się orientacyjnym kwotom, jakie ponosi Rząd na uposażenie (co w praktyce jest prawie równe wykształceniu) rezydentów, co za tym idzie, na „stworzenie” nowych specjalistów. Na których brak zaczął narzekać ostatnio nawet sam Premier i Minister Zdrowia.

Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Zdrowia z dnia 20.12.2012, od 1 stycznia 2013 wysokość zasadniczego wynagrodzenia lekarzy rezydentów wynosi przez pierwsze 2 lata 3170 zł, następnie 3458 zł BRUTTO. Dla tzw. „specjalizacji priorytetowych” kwoty te wynoszą odpowiednio 3602 i 3890 zł BRUTTO.
Ministerstwo Zdrowia w 2012 roku (do 21 listopada) finansowało ponad 3 300 umów zawartych z podmiotami zatrudniającymi ponad 13 tys. rezydentów, na których realizację MZ przekazało ponad 540 mln zł. To niemała kwota, owszem. Pozwólcie teraz, że posłużę się bardzo przyziemną sztuczką i zagram na poziomie rządzących, porównując te dane z czymś z zupełnie innej bajki.

W samym 2011 roku Polska wydała 1 544 mln zł na finansowanie ok. 2500 żołnierzy tworzących nasz kontyngent w Afganistanie (źródło 1, źródło 2). Nie kwestionuję naszych zobowiązań wobec naszego jakże kochanego i zawsze wdzięcznego (i od lat, och jakże chętnego do zniesienia wiz) sojusznika. Nie pytam nawet, czy tamtejsza wojna cokolwiek nam (nam Polakom, nie koncernom zbrojeniowym) przyniosła. Ale nieśmiało zaproponuję, czy aby jaki kwatermistrz wysokiego szczebla nie byłby skłonny zamówić o 40 mniej (z łącznie zakupionych 690) transporterów opancerzonych Rosomak, kupionych z myślą o tamtej wojnie. Jeden z takich samochodzików kosztuje ok. 15 mln zł (a po powrocie z misji ze względu na stopień uszkodzenia może być co najwyżej ciągnikiem), więc oszczędzając na 40 takich Polski rząd byłby w stanie PODWOIĆ ilość rezydentur. Taka mała sugestia dla panów bardzo ubolewających, że nie widzą sposobu na zwiększenie dostępności do specjalistów.

Hunger Games

Paranoja obecnego systemu rezydenckiego polega na tym, że niwelując jedne nierówności w dostępie do specjalizacji, tworzy drugie. W poprzedniej, jakże fe i fuj wersji chodził sobie student/stażysta/młody lekarz przez pół roku na np. oddział urologii, chodził pilnie i się udzielał. I albo się ordynatorowi spodobał, albo nie. I wtedy mówił mu szef „chcemy cię” i podpisywał sobie taki młody lekarz umowę o pracę ze szpitalem i pracował, specjalizował się.
No ale oczywiście w polskiej rzeczywistości taki układ musi budzić patologie (lub chociaż rzucać cień podejrzeń o ich istnienie). No bo skąd pewność, że ów dobrze zapowiadający się młody chirurg nie jest przypadkiem bratem szwagra ciotki dziadka (czy jakoś tak) ordynatora? Albo ich ojcowie nie należą do tego samego kółka łowieckiego i wspólnie nie piją wódki co niedziela?
Stworzono więc system przyznawania rezydentur na zasadzie konkursu ocen z testu, którego przydatność kliniczną podstawy programowej co roku poddaje się w wątpliwość. Co roku pojawiają się zarzuty o to, kto i ile ściągnął (od kilku lat dzięki dostępności komórek z internetem, kiedyś lepiej mieli ci z większymi stopami, bo mogli więcej zapisać na podeszwie). Tak czy inaczej, stworzono zunifikowany system, a co za tym idzie – tak samo niesprawiedliwy dla wszystkich, tym samym niwelując zarzuty o dyskryminację.

Do tego dołączono system rodem z Hunger Games (wersja dla starszych czytelników: z Mad Maxa), w którym najlepsi otrzymują zagwarantowane od Państwa zatrudnienie na czas trwania specjalizacji. Haczyk tkwi we wspomnianym już szczególe – nie dla każdego starcza. Tak rozpoczyna się konkurencja o punkty z LEPu/LEKu w której ważniejsze od tego, czy ktoś umie zszyć ranę lub zaordynować właściwy lek jest to, czy przeczytał i na ile dokładnie „zmemoryzował” książki wymienione w zaleconej literaturze do Egzaminu. Krótko mówiąc, niczym u psa Pawłowa, utrwalane są wzorce, do których każdy z nas przywykł z czasów studiów: Z-Z-Z (Zakuj, Zdaj, Zapomnij).

Jednak to w samo w sobie nie jest najgorsze. W końcu to tylko kolejny egzamin.
Prawdziwy Sajgon rozpoczyna się w momencie ogłoszenia wyników.

Wtedy sytuacja panująca w środowisku młodych lekarzy przypomina tę z Wall Street z czasów Czarnej Środy. Pojawiają się spekulacje, licytacje, panika. Ci, co dostali 90% martwią się, czy dostaną się na wymarzoną okulistykę. Ci, co dostali 80% martwią się, czy dostaną się na wymarzoną internę, no bo a nuż w tym roku próg się podniesie… Ci co dostali 60% zastanawiają się gorączkowo, czy chcą być lekarzem rodzinnym, czy specjalistą rehabilitacji. A może nikt w tym roku nie będzie chętny na epidemiologię?
W efekcie prymusy z 89%, którzy nie dostali się na okulistykę idą na rok do NPLu lub wyjeżdżają za granicę jako młodzi-zdolni-ambitni, a za kilka lat tytuł otrzymają ludzie, którzy zupełnie nie odnajdują się w swoim zawodzie.

Paranoja.

System, z założenia całkiem dobry, został zupełnie wypaczony przez przyziemne problemy. Bo Ci zdolni lekarze, którzy celowali wysoko i upadli, teraz zostają na lodzie. Do wyboru mają: wolontariat lub roczne chałturzenie w oczekiwaniu na kolejny cud za rok.

Spirala

I tu pojawiło się słowo klucz: wolontariat. Sam fakt jego istnienia jest najlepszym indykatorem patologii obecnego systemu. Kto decyduje się 5,6 i więcej lat pracować za darmo? Tylko ktoś mocno zdesperowany. A co sprawia, że pracodawca może bezkarnie zatrudniać lekarza jako niewolnika (bo tak należy to nazwać)? Mechanizm wolnorynkowy. W momencie, w którym większość potencjalnych pracowników (rezydentów opłacanych przez Ministerstwo) jest dla dyrektora szpitala darmowa, nie ma on absolutnie żadnej motywacji, żeby zapłacić za pracę komuś, kto na dodatek dostał gorszy wynik z egzaminu. Jest to okrutnie logiczne.
Część młodych lekarzy w akcie desperacji godzi się na wolontariat, nie chcąc się zestarzeć w oczekiwaniu na otrzymanie rezydentury (które na tym poziomie wyników z egzaminu ma więcej wspólnego z losowaniem LOTTO, niż z faktyczną przewagą takiego czy innego zdającego LEP/LEK). To tylko nakręca spiralę patologii, dając ciche przyzwolenie dla takiego rozwiązania. No bo który pracodawca będzie płacił pracownikowi, skoro na jego miejsce ma 10 chętnych, by pracować za darmo?

Po 5/6 latach pracy na dwóch lub więcej etatach (z czegoś trzeba w końcu żyć), mieszkania kątem u rodziny i znajomych (bo kogo stać na mieszkanie, jeżeli jedyny przychód jest za pracę po nocach?) i jedzenia obiadów ze słoików, żaden, nawet najbardziej szlachetny umysł, nie uniknie wypaczenia. Jeśli dodać do tego lata spędzone na wysłuchiwaniu wyzwisk i chodzenia na kolanach za swoimi jaśnie-przełożonymi, mamy już obraz człowieka, który nie ma żadnej motywacji, by oddać swój kawałek ciężko zarobionego chleba. Gdy po latach kolejni młodzi ochotnicy pukają do drzwi jego szpitala, czy będzie zadowolony z faktu, że oto wyrasta mu właśnie konkurencja, podczas gdy jest on jednym z 5 specjalistów w okolicy i wreszcie ma okazję odkuć się za wszystkie lata poświęceń?

Dać wędkę, nie rybę

Jeżeli mówi się A, powinno być też B. Polska jest mistrzem półśrodków. Tylko, że te półśrodki nie działają nawet w połowie. Albo MZ zapewni faktyczną możliwość kształcenia się rezydentów, pozostawiając tylko mały margines odrzucenia dla ludzi wybitnie niezdolnych i niezmotywowanych, albo niech da sobie spokój z tworzeniem iluzji „zapewniania możliwości kształcenia się nowych specjalistów”. Mechanizmy wolnorynkowe przy odpowiednich sankcjach za ich nieprzestrzeganie (np. kary dla ośrodków dyskryminujących rezydentów spełniających wymagania, zakaz wolontariatu) powinny unormować obecnie chorą sytuację. Bo na wolontariat może się godzić część, ale nie wszyscy.

Dziś szkolić się można tylko w stosunkowo nielicznych miejscach. O ile jest to zrozumiałe przy specjalizacjach wymagających użycia specjalistycznego sprzętu (np. radioterapia), to nie bardzo jestem w stanie wyobrazić sobie, w czym chirurg z małego szpitala powiatowego (w którym najpewniej i tak dalej by został i pracował) byłby gorszy od chirurga „wywodzącego” się z Intergalaktycznej Multidyscyplinarnej Polikliniki z Wielkiego Miasta? Że niby tylko ten drugi skończyłby szkolenie przerabiając cały program szkoleniowy. Serio? A ile razy słyszeliście o tym, że w dużych klinikach młody robi papiery i wycina co najwyżej tłuszczaki a super-hiper operacji nawet nie widzi przez plecy kolegów, bo za mały jest? To może zróbmy tak – niech się chłopaczyna szkoli w małym mieście, a do dużego przyjeżdża tylko na miesięczny staż z super-chirurgii.

Dodatkowo warto by bardziej szczegółowo prześwietlić sytuację mało dostępnych specjalizacji: okulistyki, dermatologi i im podobnych. Co właściwie czyni te specjalizacje tak trudnymi do osiągnięcia dla człowieka bez odpowiedniego nazwiska, skoro ww. specjalistów rzekomo brakuje? Czy naprawdę co roku w całej Polsce jest możliwość przeszkolenia tylko 10 specjalistów? Czyżby?

Disclaimer & Credits

Na wszelki wypadek o tym powiem, gdyby komuś nie chciało się przeczytać innych moich tekstów na tej stronie: nie, nie jestem sfrustrowanym niedoszłym chirurgiem czy okulistą. Dostałem się zupełnie bezproblemowo na rezydenturę z onkologii i jestem z niej (na dzień dzisiejszy przynajmniej) zupełnie zadowolony. Specjalistów z mojej dziedziny jest taki niedomiar, że jeszcze długo nie będę narzekał na brak pracy i możliwości. Ale to, że należę do wspomnianej fajniejszej grupy, nie zmienia jednak zasadniczego faktu, że problem jest. I sam najwyraźniej się nie zmieni, bo rządzący nie mają w zwyczaju zmieniać czegoś, dopóki zupełnie się nie zawali, ktoś nie zginie w spektakularnych okolicznościach, albo nie poczują smrodu palonych pod oknami opon. Dlatego proponuję, żeby inicjatywa zmian wyszła z naszej strony: Izb Lekarskich, OZZL, konsultantów krajowych. Chcesz liczyć, licz na siebie.

 
 Źródło miniatury: jaroslaw.dominikanie.pl

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim!

Zobacz też

O autorze

Krzysztof Ostaszewski
Redaktor Naczelny
Redaktor naczelny BML. Członek Porozumienia Rezydentów. W 2013 rozpoczął rezydenturę z onkologii klinicznej. W trakcie studiów wyjechał na praktyki do Austrii i Łotwy, odbył również roczne stypendium w Hiszpanii w ramach programu ERASMUS. Żegluje i jeździ po świecie rowerem. Dużo :-).
"Hasta la muerte, todo es vida." - Miguel de Cervantes, Don Quixote de la Mancha

Komentarze na temat “Rezydentura szkodliwą jałmużną?”:

  1. Napisałeś same truizmy;) Można pisać, żalić się się MZ ale to nic nie da, bo żeby było więcej rezydentur musi być więcej pieniędzy w Skarbie Państwa, a tego nie ma i na razie nie ma na to widoków. Być może jedynym wyjściem jest rozłożenie finansowania pensji rezydentów na państwo i szpital 1:1. Wtedy jest szansa na podwojenie liczby rezydentur, tylko pytanie czy pozadłużane szpitale na granicy bankructwa pójdą na taki układ? Bo o powrocie do etatów, gdzie szpital płaci 100% pensji nawet nie ma co wspominać…
    Pozdrawiam:)

  2. Sprawa jest prosta i nie ma co nad tym deliberować. Rezydentura to konkurs. A żeby było „sprawiedliwie” tj wg identycznych zasad dla wszystkich – liczy się wynik ogólnokrajowego testu. Jak ktoś nie chce brać udziału w tym wyścigu, to chodzi pół roku czy ileś na oddział, jak piszesz, i jak się spodoba – dostaje etat. jak jest uczciwy, to go plotki i posądzenia o kumoterstwo i nepotyzm nie martwią i nie dotyczą. A daj mi drugą grupę zawodową, w której 2963 z 3339 absolwentów rok rocznie dostaje gwarancję pracy w zawodzie (tj prawie 89 %)… ? Poza tym, z jakiego powodu państwo ma fundować lekarzom etaty wg ich zachcianek… wystarczy, że płaci za 6 lat studiów, a reszta zależy od ciebie. Państwo zatrudnia sobie rezydentów takich specjalizacji, jakie uzna w danej chwili za sobie potrzebne. Chcesz coś mieć – musisz coś z siebie dać. Cała filozofia. Jak ktoś jest typem klinicysty, a nie naukowca – niech stara się o etat a nie uczy do LEPu. Nie każdy musi mieć rezydenturę.

  3. haha, kolega rezydent nie wie co mówi, etat to fikcja, bardzo rzadko daje się „wychodzić” miejsce, a jak zaczniesz pracować na tzw wolontariacie to czemu mają płacić komu kto pracuje już za darmo? czysty zysk dla szefa placówki – placówki która w większości przypadków w Polsce jest i tak zadłużona

  4. Lekarze są jednak specyficzną grupą zawodową, dlatego dziwne jest że nie wszyscy mogą robić speckę. Z jednej strony mówi się, że brakuje specjalistów, a z drugiej strony ogranicza się możliwości ich stworzenia. Skoro Polskę stać na kształcenie bezrobotnych lekarzy, którzy mogliby być swietnymi specjalistami, to po co w ogóle ich kształci? Wykształcenie jednego lekarza kosztuje, a jak policzymy że ich jest więcej to tworzy się niezłą sumka. Dlaczego tych ‚straconych’ pieniędzy nie wykorzystać inaczej? Może podnieść pensje tym, którym udało się załapać na speckę. Bo nie oszukujmy się, ale rezydenci biorący dyżury w NPL czy innych tego typu wytworach nie robią tego z racji powołania i chęci niesienia pomocy, ale żeby sobie dorobić do marnej pensji. Bo kogo stać na kupno mieszkania będąc tylko na rezydenturze i nie mając bogatych rodziców?
    System konkursowy z założenia jest dobry, o ile tych rezydentur starczałoby dla wszystkich. Bo jak to możliwe, że specka jest deficytowa, a jest 2 chętnych na jedno miejsce? I dlaczego nie ma możliwości wybrania drugiej specki, gdyby ktoś się nie dostał na pierwszą wybraną? Przez to ktoś z wynikiem 80% co nie dostał się na okulistykę jest bezrobotny, a ktoś kto miał 60% to jednak speckę np. z interny ma? Obecny system wcale nie selekcjonuje najlepszych tylko bardziej szczęściarzy (nie mówiąc już o poziomie niektórych pytań z LEPu).
    Dlatego zdecydowałem się na wyjazd z kraju. Też nie było łatwo znaleźć pracę, ale przynajmniej robię to co chcę, i dostaję za to odpowiednio wysokie wynagrodzenie i mogę sobie na wiele pozwolić. Mimo, że nie pracuję w dużym mieścietylko w małym miasteczku (obcokrajowcy mają marne szanse znalezienia pracy w dużym mieście), w szpitalu na 180 łóżek to mam okazję robić rzeczy o jakich w wielkich polskich klinikach można pomarzyć. Owszem musiałem wiele w to zainwestować, zwłaszcza pieniędzy, ale za 3-4 miesiące wszystko mi się spokojnie zwróci. I ponadto tutaj szef chętnie we mnie chce inwestować, wysyłać na szkolenia, konferencje, kursy.

  5. Kolejnym kłopotem jest wysokość rezydentur, ok.13zł/godz. Gdyby wliczyć nadgodziny, które chyba wszyscy robią, czy chcą czy nie chcą, bezpłatnie to będzie jakieś 10zł/godz. myślę. Tak se. O kosztach obowiązkowych kilkudniowych staży w całej Polsce też warto wspomnieć. Pielęgniarki wywalczyły podwyżki 4x400zł (jak wyjdzie wprowadzenie w życie, czas pokaże). I super, bo się należą jak mało ktorej grupie zawodowej w tym kraju. Dalszy efekt będzie taki, że pielęgniarka po licencjacie będzie zarabiala więcej niż lekarz w trakcie specjalizacji. Już proponuję organizować się w internecie na ogólnopolski strajk specjalizantów. Ale ale, co dalej? Jak rezydent dostanie podwyżkę to będzie zarabiał wiecej niż niektórzy specjaliści na etatach – też skandal… itd. itd.

    A, zapomniałem, że rezydenci powinni się cieszyć, że im w ogóle płacą za pracę i nie kombinować… 😉

Dodaj komentarz

Ze względu na ochronę antyspamową komentarz każdego nowego użytkownika musi być zaakceptowany przez moderatora. W związku z tym może minąć trochę czasu nim Twój wpis pojawi się na stronie. Prosimy o cierpliwość :).

Nie musisz podawać swojego adresu email. Jeśli to zrobisz, nie będzie opublikowany - przyda się, gdybyśmy chcieli się z Tobą skontaktować. Zachęcamy również do zapisywania się do newslettera!