Umieralnia

Tekst jest oczywiście subiektywny do obrzydliwości. Nawet jeśli uogólniam, uogólniam za siebie – jeżeli ktoś uważał lub nie uważał inaczej, niech się tą wiedzą ze mną podzieli. Może uda mi się wypowiedzieć na zadany temat. Niniejszym artykułem rozpoczynam serię omawiającą najpopularniejsze mity i wyobrażenia o onkologii. Część z nich, przyznaję, sam zabrałem ze sobą zapakowane do głowy, gdy szedłem na oddział pierwszego dnia pracy.

mit na dziś: Onkologia to umieralnia

Zdecydowanie najpowszechniejszy i najmniej mający wspólnego z rzeczywistością stereotyp o pracy na oddziale onkologii. Tzn. zależy, co dokładnie ktoś przez to rozumie. Koniec końców na oddziale onkologii leczą się ludzie, którzy w większości wypadków mają rokowania złe lub bardzo złe – ci z większymi szansami najpewniej przeszli wcześniej przez ręce chirurgów, o ile zostali zdiagnozowani we wczesnym stadium. Wszyscy pozostali, o ile nie należą do wąskiej grupy chemioterapii uzupełniającej (mającej na celu posprzątanie tego, czego chirurg wyciąć nie miał szans), należą do typowych pacjentów onkologicznych, otrzymujących z reguły chemioterapię paliatywną. I w tym sensie, owszem, należą do grupy o skróconym przewidywanym czasie przeżycia (jak ja nienawidzę tego określenia). O ile pacjent z rozsianym rakiem trzustki lub pacjentka z zaawansowanym rakiem jajnika mają przed sobą statystycznie kilka miesięcy życia (kolejne sformułowanie spoza mojego prywatnego słownika), o tyle już teraz zdarzało mi się widzieć pacjentów, którzy przychodzili do naszego oddziału na osiemdziesiąty-któryś (sic!!!) cykl chemioterapii, ergo: żyją z nowotworem już kilka (w tym konkretnym przypadku, ponad 6) ładnych lat i – co najważniejsze – wciąż mają się dobrze.

Porównajmy tę sytuację do przykładu oddziału, o którym ma się skrajnie odmienne wyobrażenia – na przykład ortopedycznego. Założenie jest proste: przyjąć do oddziału – zoperować = wyleczyć – wypisać z oddziału. Nice and clean. Poza pediatrią to jeden z nielicznych oddziałów, gdzie ma się do czynienia z pacjentami „pięknymi i młodymi”. A teraz przypomnijmy sobie o tych wszystkich osteoporotycznych staruszkach, które wcale nie wstały po operacji zaopatrzenia złamania szyjki kości udowej. Zaległy na trzy miesiące w łóżku, dostały zapalenia płuc, zakrzepicy i zatorowości płuc i się im zmarło. Żyjąc w ten sposób krócej, niż wspomniane kobiety z nieszczęsnym rakiem jajnika.

Każdy lekarz, choćby od dwudziestu lat pracował w medycynie estetycznej albo sądówce wie doskonale, jak wygląda interna. A już dyżur na niej na pewno nie należy do doświadczeń, które można zapomnieć. Podczas pierwszego tygodnia mojego stażu podyplomowego zmarło sześciu pacjentów 40-łóżkowego oddziału chorób wewnętrznych, drugie tyle w trakcie weekendu. I nie był to wcale jakiś nietypowy tydzień.

A onkologia? Dwa miesiące pracy, jeden zgon. Wstrząs septyczny. U pacjenta z WBC 0,8 tys/mm3 całkiem przewidywalne. Otóż nie, na oddziałach onkologicznych nie umiera wielu pacjentów. Owszem, kiedyś ich stan się pogorszy. Ale wtedy nie będą mieli wskazań do podawania chemioterapii i nie będą kierowani na oddział, którego głównym zadaniem jest jej podawanie.
Co się z nimi dzieje? Zasilają szeregi hospicjów. Szeregi, dodać trzeba, mało pojemne i jeszcze gorzej niż szpitale opłacane, ale to już temat na inną dyskusję.

Do chemii trzeba być zdrowym. Taki paradoks – niby nad człowiekiem wisi diagnoza, z drugiej – przyjmuje się tylko ECOG ≤ 2. Jeżeli ktoś jest w bardzo złym, schyłkowym stanie, najczęściej trafia do oddziału interny jak_najbardziej_ogólnej (coby, broń Boże, nie przynieść strat oddziałom wysokospecjalistycznym) albo – o ile rodzina dojrzała do tego – umiera w domu. Na szczęście, bo po tym co widziałem, postanowiłem sobie, żeby za wszelką cenę umrzeć w obecności kochających mnie ludzi.

Nie, onkologia nie jest, wbrew powszechnie przyklejanej jej łatce, oddziałem na którym widzi się szczególnie dużo śmierci. A memento mori istnieje w świadomości lekarza i personelu medycznego każdej specjalizacji.

 
 Źródło miniatury: bgfons

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim!

Zobacz też

O autorze

Krzysztof Ostaszewski
Redaktor Naczelny
Redaktor naczelny BML. Członek Porozumienia Rezydentów. W 2013 rozpoczął rezydenturę z onkologii klinicznej. W trakcie studiów wyjechał na praktyki do Austrii i Łotwy, odbył również roczne stypendium w Hiszpanii w ramach programu ERASMUS. Żegluje i jeździ po świecie rowerem. Dużo :-).
"Hasta la muerte, todo es vida." - Miguel de Cervantes, Don Quixote de la Mancha

Dwa komentarze na temat “Umieralnia”:

  1. Czy w praktyce onkologia jest rzeczywiście deficytową specjalizacją? Są realne szanse na specjalizację i zatrudnienie? Mówiąc realne, porównuje to do takich specjalizacji jak np. kardiologia, na którą dostać się graniczy z cudem.

    Jako specjalista onkolog masz możliwość prywatnej praktyki? Wszyscy wiemy, że stawki lekarzy opisywane w gazetach mocno odbiegają od realiów, więc większość dorabia prywatnie. Pytam o to, bo ciężko mi sobie wyobrazić, co onkolog mógłby zrobić w prywatnym gabinecie – skierować na oddział? Nie chciałabym Cię narażać na krytykę (siebie już naraziłam pisząc to) pod tytułem „jesteście bez serca. lekarz, który wybiera taką specjalizację nie powinien tego robić dla pieniędzy tylko z powołania”, dlatego możesz nie odpowiadać na to pytanie jeżeli stwierdzisz, że tak będzie lepiej 🙂

    I jeszcze jedno pytanie. Czy zastanawiałeś się kiedyś nad hematoonkologią? Jeśli tak, to masz może jakieś przemyślenia na temat onkologia vs. hematoonkologia?

    1. W praktyce onkologia jest jak najbardziej deficytowa, bo na cały kraj mamy ok 600 onkologów… miejsc do dorobienia są, w zależności od tego co uznajesz za dorobienie – oprócz ogólnodostępnych (NPL, POZ, SOR, PR etc) są jeszcze bardziej typowe jak hospicja (domowe / stacjonarne) no i coraz większa masa otwierających się prywatnych klinik.

Dodaj komentarz

Ze względu na ochronę antyspamową komentarz każdego nowego użytkownika musi być zaakceptowany przez moderatora. W związku z tym może minąć trochę czasu nim Twój wpis pojawi się na stronie. Prosimy o cierpliwość :).

Nie musisz podawać swojego adresu email. Jeśli to zrobisz, nie będzie opublikowany - przyda się, gdybyśmy chcieli się z Tobą skontaktować. Zachęcamy również do zapisywania się do newslettera!