Bylejak

Status praesens

Polska ma jeden z najniższych na świecie wskaźników ilości lekarzy proporcjonalnie do ludności kraju. Dane OECD z 2010 podają współczynnik 2,19/1000 mieszkańców, dla porównania Austria ma 4,83, a Francja – 3,31.Polska ma jeden z najniższych na świecie wskaźników ilości lekarzy proporcjonalnie do ludności kraju. Z kolei o ilości miejsc na studiach decyduje co roku Ministerstwo Zdrowia i swoje postanowienie ogłasza w randze rozporządzenia – jego treść możemy przeczytać na stronie MZ. Dziwnym trafem ma ono zawsze formę zeskanowanego pdfa – zapewne po to, żeby trudniej było samemu zestawić dane liczbowe podane w tabelce wykazującej limity względem konkretnych uczelni, a samo MZ przypadkiem tych danych nie sumuje – przypadek? Tak czy inaczej w obecnym roku akademickim MZ ustaliło limit przyjęć na kierunek lekarski na dokładnie 3165 miejsc stacjonarnych (czyli zwykłych, z czego 60 miejsc dla lekarzy wojskowych) i 826 niestacjonarnych (czyli płatnych) – łącznie 3991 miejsc. Nie trzeba dodawać, że studia te nie cechują się bynajmniej 100% wskaźnikiem bezproblemowej zdawalności wszystkich egzaminów i w praktyce uczelnie medyczne co roku opuszcza ok. 3000 młodych adeptów wiedzy lekarskiej.

Dla porównania: Niemcy, kraj, który ma ok. 80 mln mieszkańców, kształci co roku ok. 8000 absolwentów uczelni medycznych, ma indeks 3,84 lekarza / 1000 mieszkańców i… wciąż „importuje” lekarzy z zagranicy, m.in. z Polski. Dodajmy do tego jeszcze, że 30 % z zatrudnionych na polskim rynku lekarzy przekroczyło 60. rok życia i praktycznie lada moment może pójść na emeryturę – zapaść związaną z dostępnością do Opieki Zdrowotnej mamy gotową, jak opisała to Gazeta Prawna. Krótsze kolejki do specjalistów? Panowie rządzący, raczcie nie żartować – co roku nie zwiększacie w sposób znaczący nie zwiększacie ilości przyznawanych rezydentur ani limitów przyjęć na studia i liczycie na to, że żonglowanie pacjentami między POZ i AOS coś da? Pomysł z wprowadzeniem prywatnych szkół medycznych jest najlepszym dowodem, jak bardzo sytuacja jest dramatyczna, a politycy zdesperowani. Mam jednak złą wiadomość – ten pomysł nie wypali, bo stworzy głównie tanie miejsca szkoleniowe dla chętnych z zagranicy.

Repetitio mater studiorum est

Tak naprawdę inspiracją do napisania tego tekstu był artykuł redaktorki Gazety Wyborczej narzekającej na poziom polskiego szkolnictwa. O tym, że nie jest najlepiej i poziom nauczania w znacznym stopniu zależy od wyboru szkoły, a nie od sprawności systemu edukacji, nie mam zamiaru się rozpisywać. Chciałbym natomiast skupić się na problemach związanych ze szkoleniem młodego medyka.

Ukończyłem jeden z większych uniwersytetów w Polsce. Gdy zaczynałem, na pierwszym roku trafiłem do 20-osobowej grupy studenckiej. Jeszcze w trakcie studiów ilość grup na wydziale z powodu oszczędności uległa zmniejszeniu i pomimo, że część z kolegów i koleżanek odpadła gdzieś po drodze, zakończyliśmy w gronie 25 osób. Krótko po ukończeniu studiów dowiedziałem się, że trend zwiększania liczebności grup wciąż się utrzymuje.
Dla osoby niezwiązanej z medycyną może się wydawać, że 25-30 osób, analogicznie do klasy w szkole, jest łatwe do wykształcenia – w końcu większość auli dydaktycznych potrafi z powodzeniem zgromadzić nawet i 500 słuchaczy. Może i jest to prawdą, ale najwyżej do 2-go roku studiów włącznie. Potem, gdy zaczyna się praktyczne nauczanie przy łóżku chorego, zaczyna się prawdziwy dramat.Czułem zażenowanie, gdy ciasnym kordonem otaczaliśmy łóżko chorego prosząc o to, by każdy z nas mógł go zbadać. Jedna grupa dziekańska jest szkolona przez 4-5 lekarzy z oddziału klinicznego, co daje zespoły dydaktyczne: nauczający lekarz + 4, 5, czasem 6 osób. Będąc na studiach czułem po prostu zażenowanie, gdy ciasnym kordonem otaczaliśmy łóżko chorego prosząc o to, by każdy z nas mógł go zbadać. Sam bym się pewnie nie zgodził i doskonale rozumiałem ludzi, którzy odmawiali. Przypadki kliniczne, w których osoba chora miała rozmawiać o swoim problemie przed 30 osobami? Np. chorobą weneryczną? Nie wiem, kto bardziej palił się ze wstydu… dziękuję, wysiadam.
A już prawdziwym kuriozum były dla mnie zajęcia z chirurgii. Prowadzone w szpitalu klinicznym, w którym ze względu na prestiż pragną się kształcić również stażyści i rezydenci, zapewniają studentowi miejsce najwyżej w trzecim rzędzie, za plecami wszystkich jaśnie wielmożnych. W takich warunkach nawet stanie na specjalnie przygotowanym stołku niewiele pomagało i tylko dzięki uprzejmości anestezjologów miałem okazję zobaczyć cokolwiek. O myciu się do operacji można oczywiście zapomnieć, bo pierwszeństwo mają rezydenci, którzy kilka lat stali tak jak ja na stołku i cierpliwie czekali.

Można mi zarzucić lenistwo i nieporadność – proszę bardzo, zgodzę się. W końcu gdybym naprawdę chciał się czegoś nauczyć, zostawałbym więcej na dyżurach, gdzie w trzy-, czteroosobowych zespołach jest wreszcie możliwość stanąć przy pacjencie, nie obok. Można wtedy wreszcie spróbować zadać pytanie, spróbować coś zrobić. I ok, wielu ukierunkowanych na chirurgię znajomych tak robiło – z różnym skutkiem. Ale czy naprawdę jedyny sposób, żeby mieć możliwość się czegoś nauczyć to poświęcać całe swoje prywatne życie? Zajęcia dydaktyczne trwają ok 6h dziennie, w domu trzeba spędzić na nauce co najmniej kilka godzin, a resztę czasu na dyżurze? To, że kilka osób wytrzymało takie życie to nie powód, by nazywać to „normalną ścieżką kariery dla kogoś, kto chce coś osiągnąć”. Nie migałem się od zajęć i wykorzystywałem na studiach okazje, by coś poćwiczyć – ale takich okazji nie było za dużo.

De fumo in flammam

Na stażu podyplomowym nie jest lepiej. Pamiętam jak dziś sekretarkę oddziału psychiatrii, która nie miała pojęcia co z nami zrobić, gdy pojawiliśmy się pierwszego dnia w pracy – wpisywać w grafik, czy do specjalnego zeszytu? W której rubryce? Musiała dzwonić po pomoc do koleżanki z kadr. Bardzo komplikował jej życie fakt, że nie byliśmy rezydentami. Pomyślałem wtedy – staż podyplomowy istnieje w obecnej formie co najmniej od 2004 r., ten szpital prawie od początku szkoli stażystów, pani siedząca przede mną nie wygląda, jakby pracowała tutaj od wczoraj… czy to naprawdę takie szokujące, że do oddziału zgłaszają się stażyści?! Od kilku lat co roku biedna pani w sekretariacie jest zdziwiona, że lekarze nie przypłynęli kontenerem z Chin, tylko szkolą się w kraju?

Jaki przekaz dostaje od pierwszego dnia pracy lekarz stażysta? Dziękujemy, do widzenia, nie chcemy Cię tu.Kolejna sprawa – klucze, karty magnetyczne i tam, gdzie jest system komputerowy – loginy i hasła. Gdy wymieniałem się moimi spostrzeżeniami ze znajomymi, okazało się, że nie tylko w moim szpitalu stażyście nic z tych rzeczy a priori nie przysługiwało. Za każdym razem trzeba było być mocno zdeterminowanym i ładnie uśmiechać się do pani gospodarczej i/lub pielęgniarki oddziałowej, które zarządzały rozdysponowywaniem takich rzeczy. Tak więc lekarz stażysta, który na oddziale np. interny miał pracować przez 3 miesiące nie dostawał nawet głupiej karty magnetycznej i za każdym razem musiał wchodzić na oddział razem z pacjentami. Jak ktoś taki może się czuć? Jaki przekaz dostaje od pierwszego dnia pracy? Dziękujemy, do widzenia, nie chcemy Cię tu. A mówimy o głupiej karcie magnetycznej, parze zapasowych kluczy do pokoju lekarskiego i innych bzdurnych gadżetach, które czynią z kogoś członka zespołu – dla szpitala to żaden koszt.
Loginy? Przez cały rok nie dostałem swojego. Za każdym razem musiałem pisać obserwacje, zlecenia i wypisy korzystając z konta innego lekarza – jednocześnie zupełnie pozbawiając się dowodu, że wykonałem jakąkolwiek pracę.

A fronte praecipitium a tergo lupi

Jeśli ktoś myśli, że gdy już dostanie PWZ to sytuacja się diametralnie zmieni, to śpieszę wyprowadzić go z błędu. Owszem, wreszcie jest się „prawdziwym lekarzem”, ale oznacza to przede wszystkim, że… od teraz bierze się pełną odpowiedzialność za swoje błędy. Owszem, nie jest się samotną wyspą, wokół są inni lekarze mniej lub bardziej skłonni pomóc młodemu adeptowi – na to nie można za bardzo narzekać.

Problem leży gdzie indziej – w fikcji programu szkolenia. Staże zewnętrzne? Oj, przykro nam, nie teraz, może za rok. I tak przez sześć lat, do końca specjalizacji. A potem tylko machnięcie ręką „załatw to sobie”. Kierownik specjalizacji, który nie widział na oczy swojego podopiecznego. Zlecanie samodzielnych dyżurów rezydentom już po miesiącu pracy. Ba, czasem zrzucanie na nich odpowiedzialności bycia jedynym lekarzem SORu.Staże zewnętrzne? Oj, przykro nam, nie teraz, może za rok. I tak przez sześć lat, do końca specjalizacji. Zmyślam? Bynajmniej. Tyle, że o takich rzeczach się nie mówi. Milczą przełożeni, bo sami przykładają do tego rękę, rezydenci – bo nie chcą nikomu podpaść (a łatwo jest w ten sposób utopić swoją karierę), a nawet media – bo mają blade pojęcie o realiach. Raz na jakiś czas usłyszy się jakiś krzyk rozpaczy, jak miało to miejsce w zeszłym roku w Gorzowie Wielkopolskim, ale, jak to zwykle bywa, takie sensacje cieszą się tylko słomianym zapałem opinii społecznej.

De profundis clamavi ad te, Domine

Osobiście uważam, że wszelkie generalizowanie jest krzywdzące. Nie chcę, żeby po lekturze tego, co napisałem czytelnik odniósł wrażenie, że stan polskiej edukacji medycznej szoruje po dnie. W trakcie swoich studiów poznałem wielu niezwykle mądrych i inspirujących lekarzy, o szerokich horyzontach myślowych i dobrym przygotowaniu merytorycznym. Nauka u nich była dla mnie prawdziwym zaszczytem i zawsze będę ich ciepło wspominał. Nie zmieni to jednak faktu, że sukces naszego, lekarskiego nauczania polega w moim odczuciu w większej mierze na umiejętnościach jednostek niż na zgraniu całego systemu. Większość z nas zdobyła wiedzę, bo sama tego chciała i nauczyła się efektywnie szukać informacji. Studia to nie fabryka absolwentów, w którą próbuje się przekształcić uczelnie medyczne zwiększając limity przyjęć i jednocześnie zmniejszając nakłady finansowe na edukację.Szkoda tylko, że skostniały program nauczania przeładowany mało istotnymi szczegółami i wiedzą czysto teoretyczną bardziej utrudnia niż pomaga w zdobyciu dobrego wykształcenia. Do tego dodać należy czynnik ludzki, który sprawia, że czas szkolenia może być prawdziwą przyjemnością owocującą doświadczeniem zawodowym lub drogą przez mękę.
Studia to przede wszystkim czas poszerzania horyzontów myślowych i poszukiwania swojego miejsca na świecie, a nie fabryka absolwentów, w którą próbuje się przekształcić uczelnie medyczne zwiększając limity przyjęć i jednocześnie zmniejszając nakłady finansowe na edukację. Jeżeli więc, drodzy rządzący (wszystko jedno jakiej partii) naprawdę jesteście zainteresowani większą dostępnością do dobrze wykształconych specjalistów, to proszę, zacznijcie od umożliwienia im uczenia się.

 
 Źródło miniatury artykułu: wikipedia

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim!

Zobacz też

O autorze

Krzysztof Ostaszewski
Redaktor Naczelny
Redaktor naczelny BML. Członek Porozumienia Rezydentów. W 2013 rozpoczął rezydenturę z onkologii klinicznej. W trakcie studiów wyjechał na praktyki do Austrii i Łotwy, odbył również roczne stypendium w Hiszpanii w ramach programu ERASMUS. Żegluje i jeździ po świecie rowerem. Dużo :-).
"Hasta la muerte, todo es vida." - Miguel de Cervantes, Don Quixote de la Mancha

Dodaj komentarz

Ze względu na ochronę antyspamową komentarz każdego nowego użytkownika musi być zaakceptowany przez moderatora. W związku z tym może minąć trochę czasu nim Twój wpis pojawi się na stronie. Prosimy o cierpliwość :).

Nie musisz podawać swojego adresu email. Jeśli to zrobisz, nie będzie opublikowany - przyda się, gdybyśmy chcieli się z Tobą skontaktować. Zachęcamy również do zapisywania się do newslettera!