Rollercoaster

Tragedia w trzech aktach

Jednym z pacjentów, który na zawsze pozostanie w mojej pamięci jest niewątpliwie pan Z.C., choć właściwie nie wiem kto bardziej: on, czy jego rodzina.

Na ratunek

Aby dostać się do pokoju, w którym pracuję, muszę przejść przez korytarz, który często wypełniony jest pacjentami (i ich rodzinami) czekającymi na konsultację. Kilka razy dziennie, gdy maszeruję do mojego gabinetu, mimowolnie staję się zalążkiem płonnej nadziei dla wszystkich zgromadzonych – bo nie na mnie oni czekają.

Tamtego dnia rodzinie pana Z.C. było to obojętne. Dla nich liczyło się to, ze jestem w białym kitlu i że jestem lekarzem.

Proszę ratować mojego tatę, on umiera!” – krzyknęła do mnie młoda dziewczyna, około dwudziestokilkuletnia, łapiąc mnie za przedramię i gorączkowo szarpiąc. W takich sytuacjach nawet w lekarzu sądowym włączyłby się kod K1 i tryb turbo: Co, Gdzie, Jak?
Odwzajemniam więc uścisk i dopytuję się – gdzie jest jej tata, co się stało, na co choruje, czy oddycha? W głowie przypominam sobie już gdzie na oddziale leży defibrylator i jaki jest numer telefonu do anestezjologów.
Jest na oddziale gastrologii, umiera na raka!” – szlocha coraz głośniej dziewczyna do wtóru ze swoją siostrą, której wcześniej nie zauważyłem… A..ha, a więc, mówiąc żargonowo, nie ma bezpośredniego zagrożenia życia, pan nie leży nieprzytomny umierając na zawał serca gdzieś na podłodze, jak mogło mi się z początku wydawać. Musiałem stać skołowany chwilę za długo, bo histeria sióstr zaczęła się rozkręcać na dobre: „On umiera, umiera, błagam, proszę go ratować! Miesiąc temu był jeszcze na weselu kuzynki, źle się poczuł, a teraz mówią, że to rak, jak to jest możliwe? Pan jest lekarzem, niech pan coś zrobi!”. Sytuacja wyglądała coraz mniej ciekawie, publika stłoczona dookoła na krzesłach chętnie nadstawiała uszu… zaprosiłem panie do mojego pokoju, by wytłumaczyć całą sprawę, choć nie wiedziałem o niej nic, nie był to mój pacjent.

Tylko dobre informacje

Wkrótce dowiedziałem się, o co chodzi. Cały oddział się dowiedział. Rozpoznanie: C25.0, rak głowy trzustki. Czyli źle. Na domiar złego, szereg obciążeń internistycznych: cukrzyca, nadciśnienie tętnicze, zaawansowane POChP…słowem: i bez nowotworu mógłby być schorowanym człowiekiem. Ale to nie ciało szwankowało u pana Z.C. najbardziej, lecz umysł. Doskonale zdaję sobie sprawę, że usłyszenie diagnozy raka powoduje w ludziach przerażenie, ja sam bałbym się i wcale nie miałbym zamiaru tego ukrywać. Ale reakcję pacjenta i jego rodziny na wiadomość o rozpoznaniu można określić tylko jednym słowem: panika.

„On na pewno nie umrze, jestem pewna, że nie umrze” – kontynuuje coraz bardziej rozemocjonowana córka, płacząc i wpijając paznokcie w moje przedramię, gdy usiedliśmy obok siebie przy stole – „wymodliłam jego wyzdrowienie, sama Matka Boska powiedziała mi we śnie, że tatuś będzie zdrowy… Doktorze, proszę powiedzieć, że będzie zdrowy, dlaczego pan milczy?!” – krzyczy, patrząc na mnie szklanymi oczami.

W sieci kłamstw

Jakiś czas później miałem sposobność być lekarzem prowadzącym pana Z.C. Do tego czasu jego sława obiegła już cały nasz oddziałowy zespół i każdy znał jego przypadek. Gdy szedłem na pierwsze spotkanie do sali pacjenta, jeszcze na korytarzu zagaiła mnie jego żona, odciągnęła na bok i poprosiła, żebym absolutnie nie mówił mężowi,… że ma raka. Pacjentowi, który miesiąc wcześniej podpisał formularz świadomej zgody na otrzymywanie chemioterapii. Cała sytuacja wydawała mi się tak kuriozalna, że i tym razem zaprosiłem panią na rozmowę w moim gabinecie.

„Mąż oczywiście wie, że ma raka, ale my mówimy, że to taki niezłośliwy rak. W końcu są różne raki, prawda, doktorze?” – bardziej stwierdza, niż pyta, gdy już rozmawiamy w cztery oczy – „Mam jeszcze jedną prośbę… żeby doktór powiedział, że rak się zmniejszył. W końcu to dla jego dobra.” – mówi tonem nie znoszącym sprzeciwu.

W przyszłym tygodniu zaczniemy leczenie, prawda?

Inny pacjent, pan W.A., ze świeżo rozpoznanym rakiem płuca trafił do nas w celu rozpoczęcia leczenia. Nie zdążyliśmy podać mu chemii, gdy gwałtownie się zdekompensował. Cudem go odratowaliśmy, biorąc pod uwagę możliwości naszego oddziału, któremu zdecydowanie bliżej do interny niż do OIOMu. Pan lizał rany jeszcze 2 tygodnie, z każdym kolejnym dniem odzyskując tak siły, jak i humor.

W ostatnim tygodniu swojego pobytu zaczął coraz wyraźniej i częściej dawać do zrozumienia, że jest już gotowy otrzymać chemioterapię i rozpocząć właściwe leczenie. Gdybyśmy spełnili jego prośbę, jeszcze tego samego dnia zapewne by zmarł. Pozostało znaleźć sposób na to, by mu to wytłumaczyć a jednocześnie nie zgasić.

Tym razem rodzina zasłużyła na medal. A zwłaszcza żona – przez kolejne dni omawialiśmy wszelkie możliwe sposoby i scenariusze, według których mogła potoczyć się rozmowa. Ona – znała dobrze swojego męża, z którym przeżyła ponad 30 lat. Ja – wiedziałem, co należy powiedzieć. Razem doszliśmy do tego jak to powiedzieć. I choć widziałem w jej oczach łzy i głos się jej załamywał, zadawała mi do bólu techniczne pytania: co zrobić, gdy zacznie pluć krwią, jak dawkować leki, jakie hospicjum polecam.

Ile mi zostało, doktorze?

To pytanie, wbrew pozorom, nie pada na oddziale onkologicznym nazbyt często. Ale kiedy się już pojawia, trzeba być na nie gotowym. Bo nie ma większej zbrodni, niż zabicie nadziei. Strategii jest wiele, wszystkie zależą od sytuacji – niektórzy pytają, ale pytają tylko słowami, bo tak naprawdę w ich słowach jest żal, żal za traconym życiem. Tylko niektórzy pytają naprawdę – jak np. pan G.D., przedsiębiorca, który uczciwie się mnie pytał, czy może wziąć kredyt na rozkręcenie firmy.

Ja osobiście nigdy do tej pory nie podałem żadnych liczb. Są statystyki, jest własne doświadczenie – ale co z tego? Skąd mam wiedzieć, że człowiek, z którym rozmawiam jest jednym z 95% czy jednym z 5% chorych? Oczywiście, gdyby pacjent zapytał mnie wprost o dokładne przewidywane rokowania na podstawie statystyk, powiedziałbym to, co wiem.

Ale jak dotąd nikt mnie nie zapytał.

Czas próby

Nie napisałem tego tekstu z myślą o potępianiu którejkolwiek z postaw względem choroby. Okres po diagnozie to prawdziwy czas próby – wytrwałości, cierpliwości, relacji. Trudny do przyjęcia jest fakt, że każde z zachowań chorego i rodziny jest zrozumiałe. Warto samemu zadać sobie pytanie – jak postąpiłbym, gdybym to ja, albo ktoś, kogo kocham, zachorował? Krzyk, płacz, wzajemne pretensje, wyrzuty, agresja z przemieszczeniem – to wszystko łatwiej jest wtedy zrozumieć. I ta wiedza tworzy dla białego personelu prawdziwą tarczę. Córka chorego krzyczy na mnie, ale ja wiem, że nie dlatego, że ja zrobiłem coś nie tak, ale dlatego, że jest przerażona tym, że jej życie wali się w gruzy. Bo moje też by się waliło.

Ale muszę tu rozgraniczyć dwa pojęcia. Jedna rzecz to rozumieć przyczynę danego zachowania, drugie to je akceptować. Prosty przykład: po sąsiedzku żyło w bloku moich rodziców starsze małżeństwo. Na skutek zawału żona sąsiada zmarła, zostawiając go samotnego i pogrążonego w żałobie, zapewne również i w depresji. Pewnego dnia palił on w oknie świeczki ku pamięci swojej kochanej żony… zaalarmowany dymem sąsiad z góry zadzwonił po straż i tylko dzięki jego szybkiej reakcji całość zakończyła się na osmalonych ścianach i spalonych firankach.

Być przerażonym, smutnym, złym to jedno. Ale krzyczeć, przeklinać i wyzywać lekarzy i pielęgniarki to drugie. Widziałem już różne reakcje i wszystkie były dla mnie zrozumiałe, ale nie wszystkie akceptowalne. Raz w górę, raz w dół. Taki emocjonalny rollercoaster.

 Źródło miniatury:shamaniqueone.com

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim!

Zobacz też

O autorze

Krzysztof Ostaszewski
Redaktor Naczelny
Redaktor naczelny BML. Członek Porozumienia Rezydentów. W 2013 rozpoczął rezydenturę z onkologii klinicznej. W trakcie studiów wyjechał na praktyki do Austrii i Łotwy, odbył również roczne stypendium w Hiszpanii w ramach programu ERASMUS. Żegluje i jeździ po świecie rowerem. Dużo :-).
"Hasta la muerte, todo es vida." - Miguel de Cervantes, Don Quixote de la Mancha

Dwa komentarze na temat “Rollercoaster”:

  1. Dopóki nie przeczytałam ‚rak głowy trzustki’ pomyślałam, podchodząc do tego zupełnie racjonalnie, że zachowanie przesadzone, bo każdy nawet w najgorszej sytuacji potrafi sobie uzmysłowić, że przypadkowo przechodzący lekarz nie ozdrowi cudem człowieka , ale jak już przeczytałam te słowa, dotknęło mnie to osobiście, przypomniałam sobie co naprawdę się wtedy czuje i zdałam sobie sprawę, że w takich sytuacjach istnieją różne reakcje bliskich i niestety, ale każda jest zrozumiała, bo człowiek jest w takich momentach w niewyobrażalnym stanie… A to z doświadczenia po tym jak rak trzustki zabrał mi dwie bliskie mi osoby.

    1. Nie napisałem tego tekstu, żeby ganić osoby za to, że mają uczucia. Ale chciałbym, żeby chorzy, a zwłaszcza ich rodziny, zrozumieli, że lekarz też jest człowiekiem. Nowych chorych z rakiem trzustki mam średnio dwóch na tydzień i gdyby każdy zachowywał się jak osoby przeze mnie opisane, musiałbym pójść na emeryturę w wieku 30 lat lub zmienić zawód. Albo zachowywać się zupełnie bezdusznie. Na szczęście takie reakcje mimo wszystko należą do mniejszości.

Dodaj komentarz

Ze względu na ochronę antyspamową komentarz każdego nowego użytkownika musi być zaakceptowany przez moderatora. W związku z tym może minąć trochę czasu nim Twój wpis pojawi się na stronie. Prosimy o cierpliwość :).

Nie musisz podawać swojego adresu email. Jeśli to zrobisz, nie będzie opublikowany - przyda się, gdybyśmy chcieli się z Tobą skontaktować. Zachęcamy również do zapisywania się do newslettera!