Pierwszy vol. 1

Pierwszy

Po 3 miesiącach pracy dostałem swój pierwszy samodzielny dyżur. Na razie 12-godzinny (część lekarzy u nas nie ma opt-out’u i dyżuruje po “pół”), żeby się wdrożyć. Dyżurów towarzyszących nie ma i już nie będzie…
Z rozsądku poszedłem więc tydzień wcześniej potowarzyszyć innemu lekarzowi, żeby zobaczyć co i jak – jaki jest PIN do komórki, gdzie wpisuje się zlecenia doraźne itp., itd. Oczywiście nic się nie wydarzyło. Przez całe studia miałem to “szczęście”, że gdy jechałem do kogoś na dyżur zobaczyć, jak wygląda „medycyna pola walki”, po kilku godzinach picia kawy i mniej lub bardziej ciekawych “życiowych” rozmów, wracałem do domu z kwitkiem… Niby powinienem się cieszyć, że nic się nikomu nie stało, ale miałem jakieś dziwne przeczucie, że na moim własnym dyżurze już tak lekko nie będzie.

Nie myliłem się.

Prawo Murphy’ego

Sobota rano. Z relacji poprzedniego dyżurnego dowiaduję się, że kilka godzin temu karetka przywiozła pacjenta T.K. z… miasta położonego ponad 450 km (sic!) od naszej kliniki. Zawsze lubiłem myśleć o moim miejscu pracy jako prestiżowym, ale nie zdawałem sobie sprawy, jak wielką magią emanuje to miejsce. Rozpoznanie? Glejak anaplastyczny OUN z progresją po leczeniu chirurgicznym, po kilkukrotnej radioterapii i już przebytej chemioterapii… Mówić dalej? Stan po przebytym krwawieniu w okolicy loży pooperacyjnej, chory z niedowładem lewostronnym i afazją mieszaną w chwili, gdy go badałem zasłużył na maksymalnie 9 pkt GCS. Do tego totalne rozchwianie elektrolitowe… niestety, nie miałem spodni na zmianę. Dziwnym trafem (szczęście początkującego) udało mi się dobić w GCSie do 12 – gdy przyjechała do niego rodzina z okolicy naszego miasta był już w stanie patrzeć rozmówcy w oczy i pomrukiwać. Uspokojony tym faktem, poszedłem na wydzwonioną wcześniej konsultację. Gdy wróciłem, z panem było zdecydowanie gorzej niż wcześniej. I to był ten moment, kiedy cieszyłem się, że to “tylko dwunastka”, a zmieniający mnie lekarz będzie tu za niecałą godzinę…

Epilog

Kolejne badania i dziesiątki konsultacji zleconych przez przejmującego po mnie dyżur lekarza wykazały m.in. aktywne krwawienie do OUN, od którego zresztą odpisali się neurochirurdzy pisząc, że pacjent nie nadaje się do operacji… well then. Pacjent z aktywnym krwawieniem do OUN i szalejącym nowotworem, który “wyjadł” już pół (dosłownie!) mózgu trafia na oddział chemioterapii ponad 450 km od swojego miejsca zamieszkania… Czy ja czegoś nie rozumiem? Część z Was, czytających te słowa, sama może być/jest pacjentem lub ma w rodzinie osobę ciężko chorą. Łatwo mi jest sobie wyobrazić, że w sytuacji, gdy ktoś, na kim nam zależy, staje w obliczu śmierci jesteśmy w stanie zrobić wszystko. Wszystko. I rozsądek jest ostatnim sojusznikiem w tej heroicznej walce. Nie wspomniałem o tym, ale kilka godzin po przyjeździe pacjenta miałem okazję porozmawiać z krewnymi żony pacjenta. Mieli oni zadziwiająco trzeźwy obraz sytuacji – wiedzieli, że T.K. nie ma szans przeżyć. Wiedzieli, że tak długi przejazd nie miał sensu. Ale wiedzieli też, że żadne z nich nie będzie w stanie powiedzieć tego pani K… Do niej samej z resztą świadomość Ostateczności dotarła dopiero po kilku dniach pobytu w szpitalu, kiedy kolejni specjaliści zgodnie rozkładali ręce potwierdzając, że nic nie da się zrobić. Po kilku dniach leczenia zachowawczego, w trakcie którego pacjent nie odzyskał przytomności, został odwieziony karetką z powrotem… umrzeć w rodzinnych stronach.

Kilkanaście konsultacji i badań generujących koszty i pochłaniających czas, by postawić kolejną kropkę po oczywistym zdaniu – nic nie da się już zrobić. Zszargane nerwy, spalone nadzieje – bo nikt nie miał odwagi powiedzieć kilka tygodni wcześniej żonie umierającego pacjenta oczywistego.

Posłowie

Zdaję sobie sprawę, że temat, o którym piszę, nie jest jednowymiarowy, czarno-biały. Za każdą tego typu historią stoi tragedia wielu ludzi – pacjenta, kochającej rodziny, przyjaciół, społeczności, której się przysłużył. W takich sytuacjach próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie – „co by było, gdybym to był ja/mój bliski”. Oczywiście, chłodne rozumowanie stoi w sprzeczności z emocjami, które pojawiają się w takich sytuacjach. Niemniej odpowiedź jest prawie zawsze ta sama – są rzeczy gorsze niż śmierć. A heroiczna walka o przeżycie przy zerowych szansach romantycznie wygląda tylko w filmach i książkach. W życiu wiedzie tylko do rozczarowań – tak pacjentów, ich rodzin, jak i lekarzy.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim!

Zobacz też

O autorze

Krzysztof Ostaszewski
Redaktor Naczelny
Redaktor naczelny BML. Członek Porozumienia Rezydentów. W 2013 rozpoczął rezydenturę z onkologii klinicznej. W trakcie studiów wyjechał na praktyki do Austrii i Łotwy, odbył również roczne stypendium w Hiszpanii w ramach programu ERASMUS. Żegluje i jeździ po świecie rowerem. Dużo :-).
"Hasta la muerte, todo es vida." - Miguel de Cervantes, Don Quixote de la Mancha

Komentarze na temat “Pierwszy vol. 1”:

  1. Kostasz, ja się nie zgadzam, że się nie mówi „możliwości medycyny gdzieś się kończą, a tu gdzie jesteśmy właśnie jest koniec”. Jak myślisz, DLACZEGO jechał pacjent tak daleko? Bo on/jego rodzina nie ufają lekarzom, dlatego przeciętny pacjent odwiedza kilku specjalistów i sprawdza np. które leki się powtórzą (i o zgrozo porównuje tylko nazwy handlowe). Pomysł pewnie był taki „może w stolicy coś pomogą, bo Heńka spod 2 uratowali”.

    U nas w szpitalu poruszany był ostatnio temat zaufania polskiego pacjenta do lekarza i o dziwo nie tylko polskiego lekarza. Na jakiejś konferencji niemiecki lekarz przedstawiał rysopis swoich pacjentów i za najgorszego uznał pacjenta polskiego, który nikomu z personelu nie ufa, w większości przypadków jest niezadowolony z leczenia, jest ignorantem i jest niemiły. To doświadczenia naszego kolegi zza Odry. Myślę, że wieloletnia nagonka i podburzanie pacjentów przeciw lekarzom właśnie wydaje pierwsze owoce, a polny będą rosły z roku na rok. Już teraz widzę, pacjentów starszych, których jak badam codziennie na wizycie, nie protestują i pacjentów lat 30-kilka, ciągle pytających dlaczego, po co, i czy muszę?

    1. No to z tym niemieckim lekarzem to mnie zagięłaś, aż tak miażdżącej krytyki to się nie spodziewałem. Najgorsze jest to, że wszystkie te opinie i fakty pozostają w zamkniętym kręgu – wiesz to Ty, wiesz to ja. A pacjenci i tak wiedzą swoje i przy obecnym poziomie roszczeniowości i skali ataków na wizerunek lekarza jesteśmy na skazanej pozycji przy próbie jakiejkolwiek kontrkrytyki. Zatrważające jest to, że ten problem tylko narasta do skali globalnej a nie pojedynczych złych przypadków i żadne znaki na niebie i Ziemi nie wskazują, by sytuacja miała się szybko zmienić.

      Z drugiej jednak strony, by być w pełni uczciwym sądzę, że trochę winy leży po naszej stronie – dlaczego lekarz zgadza się wysłać agonalnego pacjenta na drugi koniec Polski? Dlaczego tak skrzętnie robi się ledwo żywym ludziom tomografię, rezonans i super-rzadkie przeciwciała? Bo się boimy o własne zadki. Każda historia choroby to potencjalne materiały do akt sądowych. Ale czasem można po prostu porozmawiać z rodziną i wytłumaczyć – to nie ma sensu.

  2. Trafiłam na stronę przypadkiem, ale cieszę się, że tak się stało, bo dobrze jest poczytać trochę o onkologii z „drugiej strony stetoskopu”. Sama mam w bliskiej rodzinie osobę chorującą na nowotwór – wykryty został praktycznie równolegle z pierwszym przerzutem odległym, więc, cóż, nie jest zbyt optymistycznie delikatnie rzecz ujmując. I tak czytając posty o alternatywnych metodach leczenia czy pacjentach/ich rodzinach widzę dokładne odbicie tego, z czym stykam się od kilku miesięcy. Oj, można się o różnych terapiach nasłuchać na oddziale – dla mnie hitem było picie własnego moczu. Zresztą, nawet w mojej dalszej rodzinie są osoby, które krytykują moje racjonalne podejście, bo ktoś tam stosował amigdalinę i mu pomogło, a ja nic nie robię tylko słucham tych złych lekarzy (nawiasem mówiąc – sama w tym roku wybieram się na medycynę, więc może, jak mi się trochę poszczęści, kiedyś sama dołączę do tego grona). No i uważam, że czasem trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i po prostu pogodzić się z losem, choć to postawa trudna do przyjęcia dla wielu osób.
    Nawiązując bezpośrednio do tego postu, to zdecydowanie przynajmniej rodzina powinna znać całą prawdę o rokowaniach (moim zdaniem pacjent też, ale różnie to bywa, więc nie chcę tu generalizować, że to zawsze jest najlepsza opcja). Jasne, każdy pacjent jest inny i czasem nie sposób przewidzieć, jak to się wszystko potoczy, ale dla prostych ludzi nawet liczne przerzuty mogą wydawać się całkowicie wyleczalne, skoro lekarz podaje jakieś leki. Ja bym na pewno nie chciała tkwić w takiej niewiedzy, żeby potem tak boleśnie się rozczarować.

    1. Jest taka choroba – porażenie Bella – idiopatyczne, jednostronne porażenie nerwu twarzowego. Choroba jest samoograniczająca się i przechodzi sama po ok. 3 tygodniach. W przeszłości wierzono, że jest ona skutkiem czyjejś klątwy, opętania przez demony i inne takie. Zalecano przyżeganie rozgrzanym żelazem, modlitwy, egzorcyzmy itp. Ku uciesze pacjentów i dumie szamanów, choroba wreszcie ustępowała… to, że ustąpiłaby POMIMO wspomnianego „leczenia”, odkryto dopiero względnie niedawno. Czy my, „współcześni”, ludzie XXI wieku różnimy się od ludzi sprzed kilkuset / kilku tysięcy lat? Jesteśmy tymi samymi ludźmi skłonnymi do myślenia magicznego. Dopiero wiele lat prania mózgu na uczelniach medycznych i bicia po głowie opasłymi książkami sprawia, że zapominamy, że pochodzimy z tego samego plemienia. Im bardziej zapominamy, tym trudniej nam przekonać współplemieńców, że są w błędzie, bo zapominamy wspólnego języka.

      Tak się składa, że w opisywanym przypadku miałem do czynienia z bardzo inteligentną i wykształconą żoną. Na naszym oddziale nikt nie oszukuje pacjenta i ich rodzin… chyba, że wyraźnie tego chcą (tzw. przywilej terapeutyczny – jest o nim nawet mowa w KEL). Niektórzy tkwią w niewiedzy na własne życzenie i nawet brutalna prawda tego nie zmieni. Ale mam przeczucie, że każdy chory wie. Co najwyżej skutecznie udaje – nawet przed samym sobą.

  3. No cóż…. a teraz mili moi, uderzmy się w piersi po trzykroć. Czy to nie my właśnie jesteśmy butni, pyszni? Nie my przypadkiem panoszymy się po całym oddziale, ba! nawet poza nim? Czy to nie my uważamy się za „pana panów” i „boga bogów”? Czy to nie my karmimy naszych pacjentów słowami: „rokowania nie są najlepsze. proszę uporządkować swoje sprawy. pozostało góra pół roku życia”. Tfu! Jakim prawem my lekarze rościmy sobie prawo do tego, by wyrokować cokolwiek i nakimkolwiek. Jesteśmy zadufani, nie potrafimy słuchać ani rozmawiać. Więc czego tu oczekiwać? Zaufania?! Bzdura jakaś. Zacznijmy najpierw od siebie. Wykonujemy zawód, jak każdy inny. Zatem moi mili, uderzmy się raz jeszcze w piersi po trzykroć. Czasy, w których lekarz był bogiem minęły (a przynajmniej mam nadzieję, że mijają!). Róbmy to, na czym nam zależy. Róbmy to z pasją, albo w ogóle.

Dodaj komentarz

Ze względu na ochronę antyspamową komentarz każdego nowego użytkownika musi być zaakceptowany przez moderatora. W związku z tym może minąć trochę czasu nim Twój wpis pojawi się na stronie. Prosimy o cierpliwość :).

Nie musisz podawać swojego adresu email. Jeśli to zrobisz, nie będzie opublikowany - przyda się, gdybyśmy chcieli się z Tobą skontaktować. Zachęcamy również do zapisywania się do newslettera!