Pierwszy vol. 2

Uzbrojony w miniaturowe książeczki typu „poradnik dyżuranta”, smartfona z lekospisem i – jak zwykle w takich przypadkach – płomienną, świeżo ożywioną wiarę w opiekę Najwyższego. Specjalnie wybrałem sobie na bierzmowanie imię po św. Łukaszu – patronie lekarzy, żeby mieć chody. W kółko powtarzana mantra „będzie dobrze, dam radę” zaczynała powoli działać, a przynajmniej brzuch jakby mniej już bolał.

Prawo Murphy’ego nr 2

Jeśli do tej pory tego nie zrobiono, to na pewno należałoby zacząć spisywać prawa Murphy’ego obowiązujące na dyżurach lekarskich – zwłaszcza początkujących rezydentów.

Prawo na dziś brzmi: „Wszystko, co najgorsze, dzieje się po 15:30, kiedy nie ma już kogo zapytać, co robić”.

Kiedy już wszyscy inni lekarze skończyli pracę, telefony zaczęły dzwonić. Wszystko jedno, jaki ustawi się dzwonek – jeśli to numer dyżurny, szybko znienawidzisz melodię, dlatego lepiej, żeby z założenia była denerwująca. Że pielęgniarki wzywają do pacjenta, bo go boli, bo nie może zrobić siku, bo nie może zrobić kupy, bo robi za dużo siku i kupy, pisać nie warto, bo to oczywiste drobiazgi, z którymi zmaga się dyżurny na każdym oddziale. Warte uwagi są za to dwie historie, które zdarzyły się na tym „pierwszym” dyżurze.

Najważniejszy jest wywiad

Telefon z SORu[1]. Rodzina przywiozła „dziadka”, bo coś z nim nie halo, jakby gorszy kontakt. Schodzę. Faktycznie „nie halo”, bo pacjent nieprzytomny. I całkiem ma do tego prawo, bo glikemii mu wyszło 27mg%, do tego hiponatremia rzędu 124mmol/L, a w TK głowy bez kontrastu widoczne „mierne zaniki kory mózgu z poszerzeniem komór bocznych i komory III i bliznowate ognisko hypodensyjne w biegunie lewego płata czołowego, bez objawów krwawienia śródczaszkowego”. Pan z Parkinsonem, cukrzycą na insulinoterapii, nadciśnieniem, po udarze… aha, no i z tym, no, rakiem – dokładniej drobnokomórkowym rakiem płuca. Jak się później okazuje, to ostatnie ma obecnie najmniejsze znaczenie (jak wyczytałem w dokumentacji Pan nawet całkiem dobrze reagował na leczenie).

Na studiach wielokrotnie nam powtarzano – przede wszystkim: wywiad. Cała tradycyjna medycyna opiera się na filarach wnikliwej rozmowy z chorym. Chwilowo wnikliwie mogę na niego co najwyżej popatrzeć, więc rozmawiam z żoną i córką. Rozmowa się przeciąga, panie są oczywiście rozemocjonowane, chcą powiedzieć jak najwięcej, więc wzbiera słowotok. Po prawie 20 minutach rozmowy właściwie już tylko pro forma badam pacjenta, bo wygląda na to, że wiadomo, co mu jest.

Pan H.L . po udarze przed 2 laty mocno zaniemógł. Do tego stopnia, że wymagał stałej opieki. Był w stanie co prawda samodzielnie chodzić, ale wszelkie codzienne czynności wymagały asysty – na zmianę pracującej żony, pracującej i wychowującej dzieci córki i Ukrainki-opiekunki wypełniającej pozostałe luki czasowe. Dwa tygodnie temu zaostrzyły się u pana objawy choroby Parkinsona[2]: prężenia tak nasilone, że pacjent miał problemy z siadaniem i mimowolnie zaciskał usta, co znacznie utrudniało lub uniemożliwiało karmienie go.

Okazuje się, że rodzinie – wykształconej, rozumnej – fakt niejedzenia i trudności z piciem u pana H.L. nie przeszkadzał w podawaniu insuliny w stałych, niezmiennych dawkach – zgodnie z zaleceniem lekarza diabetologa sprzed dwóch miesięcy… Innymi słowy wyglądało to tak: poranne leki wpychamy do buzi, popychamy wodą, wstrzykujemy insulinę i próbujemy karmić – nie udaje się? Trudno, spieszę się do pracy, za 4 godziny przyjdzie pani Ukrainka, może wtedy zje…

Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane.

Lekarz – pacjent, najgorszy pacjent

Nie lubię leczyć lekarzy. Kompletnie nie mam pomysłu, jak z nimi rozmawiać. Na przykład takie stwierdzenie: „rokowania są średniodobre, ale zawsze jest nadzieja na wyzdrowienie” – jak to brzmi dla kogoś, kto całe życie operuje na liczbach? Na Evidence Based Medicine, na twardych dowodach, na wnioskach opartych na badaniach, potwierdzonych na dużej grupie chorych? Czy zdanie „średni czas wolny od choroby to 22 miesiące, średni czas przeżycia to 36 miesięcy a odsetek 5-letnich wyleczeń to 8%” brzmi dla chorego lepiej? No właśnie – chorego. Dla niego-chorego nie. Ale dla niego-lekarza już tak.

Póki co moje doświadczenia są takie, że lepiej lekarzy jednak traktować jak chorych – większość jest za to wdzięczna, za to zniesienie odpowiedzialności za ich zdrowie na kogoś innego (a przecież mniej doświadczonego!). I tylko czasem, dla przykładu, dodam kilka mądrych zwrotów, pokażę wyniki badań, podam nazwy leków… tak, żeby pacjent-lekarz wiedział, że szanuję jego wykształcenie, żeby nie zatracił się kompletnie w roli pacjenta.

Jest też i kolejny aspekt. Jak ktoś to już ładnie ujął: „Pacjent-lekarz jest w grupie chorych narażonych na wszelkie możliwe powikłania”. Tak było i tym razem. Pacjent-chirurg, C18 – rak jelita grubego w stadium uogólnienia, w trakcie chemioterapii paliatywnej. Wszczepiony PORT. W takcie ostatniej chemioterapii cierpiał na masywne biegunki (utrata do 6 litrów dziennie!). Po wyjściu ze szpitala nie dowierzał, że da radę nawadniać się doustnie, więc… sam sobie robił kroplówki. U siebie, w szpitalu – brał z oddziału płyny infuzyjne, zamykał się na pół godziny w pokoju, wbijał sobie sam igłę… Zgłosił się do nas tydzień później z hektycznymi gorączkami do 41°C, dreszczami i ogólnie złym samopoczuciem. W posiewie z krwi – Enterococcus faecium, „gówniana bakteria”, do leczenia wankomycyną oczywiście. Po tygodniu, pomimo ustania gorączek i ogólnej poprawy, posiewy wciąż dodatnie – zapadała decyzja o wyjęciu PORTu. Takie decyzje są zawsze nieprzyjemne – alternatywą jest jeszcze wszczepienie go po jakimś czasie z drugiej strony, ale nie zawsze się to udaje, a PORTy do żył udowych nie sprawdziły się w praktyce.

Lekarz-chirurg-pacjent. On sam najlepiej wie, jak przestrzegać protokołu higienicznego mycia rąk, odkażania miejsca wkłucia, jak postępować z PORTem. A jednak – zgubiło go to „sam najlepiej”. Pozostaje mieć nadzieję, że mnie nie zgubi.

Przypisy:

  1. W przypadku onkologii konsultacje na SORZe odbywają się tylko w 2 przypadkach: albo pacjent zgłaszający się na Izbę jest w trakcie leczenia onkologicznego (tzn. pomiędzy cyklami chemioterapii) i wtedy z reguły chory trafia do nas na oddział, albo jest u niego podejrzenie / świeża diagnoza nowotworu i SOR pyta się, czy pacjent nadaje się do leczenia chemicznego i umawia się przyjęcie (nie można podawać „chemii”, jeśli pacjent przyjmowany jest „na ostro”).
  2. Wnioski własne, rodzina oczywiście nie była świadoma, że opisywane objawy są związane z chorobą Parkinsona
 
 Źródło miniatury artykułu: wikipedia

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim!

Zobacz też

O autorze

Krzysztof Ostaszewski
Redaktor Naczelny
Redaktor naczelny BML. Członek Porozumienia Rezydentów. W 2013 rozpoczął rezydenturę z onkologii klinicznej. W trakcie studiów wyjechał na praktyki do Austrii i Łotwy, odbył również roczne stypendium w Hiszpanii w ramach programu ERASMUS. Żegluje i jeździ po świecie rowerem. Dużo :-).
"Hasta la muerte, todo es vida." - Miguel de Cervantes, Don Quixote de la Mancha

Dodaj komentarz

Ze względu na ochronę antyspamową komentarz każdego nowego użytkownika musi być zaakceptowany przez moderatora. W związku z tym może minąć trochę czasu nim Twój wpis pojawi się na stronie. Prosimy o cierpliwość :).

Nie musisz podawać swojego adresu email. Jeśli to zrobisz, nie będzie opublikowany - przyda się, gdybyśmy chcieli się z Tobą skontaktować. Zachęcamy również do zapisywania się do newslettera!