W rękach Boga

Słowem wstępu

Zawsze sceptycznie podchodziłam do filmów, które zaczynają się od słów: “Film oparty na prawdziwych wydarzeniach”. Z tego typu produkcjami trzeba bardzo uważać, bo nazbyt często to, co zdarzyło się naprawdę, jest w nich skrzętnie owinięte w całą stertę niepotrzebnych szczegółów, których jedynym celem jest wyciśnięcie z nas łez. Nic więc dziwnego, że z dużą rezerwą zaczęłam swoją przygodę z filmem “W rękach Boga” w reżyserii Josepha Sargenta. Mój sceptycyzm wzrósł, gdy okazało się, że jest to dramat biograficzny, opowiadający o życiu lekarza-chirurga. I bez tego przecież w życiu młodych adeptów sztuki medycznej jest wystarczająco trudno o chwile wytchnienia i całkowitego odcięcia się od medycyny. Jak widać, czasem jest to wręcz niemożliwe.

Fabuła

Możecie się jedynie domyślać, jak wielkie było moje zdziwienie, gdy z każdą kolejną obejrzaną minutą uświadamiałam sobie, jak bardzo się myliłam! Ale nie wyprzedzajmy faktów. “W rękach Boga” to opowieść o pracy wybitnego chirurga Alfreda Blalocka (Alan Rickman) i jego pomocnika, czarnoskórego technika laboratoryjnego Viviena Thomasa (Mos Def), którzy stali się pionierami współczesnej kardiologii. Film przenosi nas do pierwszej połowy XX wieku, gdzie na przestrzeni lat obserwujemy rozwój medycyny, a także prawa rządzące ówczesnym światem. Światem trudnym i pełnym nietolerancji, gdzie szansę na osiągnięcie światowego sukcesu mają jedynie mężczyźni – biali mężczyźni.

Vivien Thomas (Mos Def) i Alfred Blalock (Alan Rickman)

Dwójka głównych bohaterów poznaje się, gdy Thomas zostaje zmuszony do podjęcia pracy laboranta na uniwersytecie Vanderbilt w Nashville, wkrótce po tym, gdy traci poprzednią posadę i rezygnuje z marzeń o szkole medycznej. Dla doktora Blalocka szybko staje się jasne, że jego asystent posiada ogromny talent. Od tego momentu rozpoczyna się ich niezwykle owocna, ale i burzliwa współpraca. Pasjonaci medycyny z pewnością wydadzą pomruk zadowolenia, obserwując prace dwójki naszych bohaterów nad sposobami leczenia wstrząsu pourazowego bądź też objawów tetralogii Fallota. Oglądając film, ma się ciągłe poczucie uczestniczenia w życiu głównych postaci, w ich troskach, sukcesach i porażkach. Wrażenie jest takie, jakbyśmy sami stali przy stole operacyjnym i próbowali nowych technik chirurgicznych.

Smakowity kąsek

Wbrew początkowym uprzedzeniom “W rękach Boga” okazał się filmem bardzo satysfakcjonującym. Jest w nim kilka rzeczy, obok których nie sposób przejść obojętnie. Pomijając genialną grę aktorską Alana Rickmana i Mos Defa, niewątpliwym plusem filmu jest brak tanich chwytów tak typowych dla większości dramatów. Nie znajdziecie tutaj scen, których celem jest doprowadzenie widza na skraj rozpaczy, tylko po to, by brutalnie go tam pozostawić. Nie oznacza to oczywiście, że film nie porusza. Wręcz odwrotnie! Jednak sposób, w jaki oddziałowuje na widza jest subtelny, nienarzucający się, niczym doskonale przyprawione danie – nie za ostre, ale i nie za mdłe.

Oprócz tego, warto zwrócić uwagę na tak rzadko spotykaną wierność faktom. Zarówno daty, miejsca, jak i poszczególne sytuacje są odzwierciedleniem historii doktora i jego asystenta. Począwszy od ich odkryć, poprzez napotykane trudności, a skończywszy na takich szczegółach jak chociażby to, że młody Thomas podczas operacji stoi na podwyższeniu, tuż za plecami doktora, by móc mu podpowiadać. Prawdziwa gratka dla miłośników historii medycyny!

Sedno sprawy

O uwagę dopomina się również złożoność samej historii. Pozornie film ma dwa główne, przeplatające się ze sobą wątki. Jeden, który skupia się na odkryciach medycznych i drugi, mówiący o wszechobecnym w tamtych czasach rasizmie. Dla przykładu: Vivien Thomas całymi dniami pracuje, wykonując skomplikowane eksperymenty w uniwersyteckim laboratorium, a mimo to zarabia jak pracownik fizyczny trzeciej kategorii, nie stać go na opłacenie czynszu, a do szpitala musi wchodzić tylnym wejściem. Jednak to tylko jedna strona medalu. W moich oczach “W rękach Boga” to przede wszystkim film o odwiecznej walce człowieka z otaczającym go światem, a także z własną naturą i ograniczeniami. Młody Thomas toczy zażarty bój o szansę na realizację swoich marzeń, jego brat Harold pragnie obalić istniejący system, doktor Blalock natomiast walczy z własnymi przekonaniami. Kto wyjdzie z tej walki zwycięsko? Kto wygra bitwę, ale podda się w obliczu kolejnych wyzwań? A kto tylko częściowo przeciwstawi się presji społeczeństwa?

Film “W rękach Boga” warto obejrzeć, chociażby po to, by znaleźć odpowiedzi na te pytania. Bo przecież każdy z nas przeżywa podobne rozterki w codziennym życiu. I naprawdę nieważne, czy jesteś wybitnym kardiochirurgiem, nauczycielem czy może właśnie z trudem skończyłeś liceum. Film polecam z ręką na sercu, zarówno tym, którzy chcą się zrelaksować w wolne popołudnie, jak i tym, którzy pragną dowiedzieć się czegoś więcej na temat pierwszych w historii prób wykonania chirurgicznego zespolenia pomiędzy tętnicą podobojczykową a tętnicą płucną.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim!

Zobacz też

O autorze

Agnieszka Makarow
redaktor
Studentka Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Przez trzy lata aktywnie działała w Międzynarodowym Stowarzyszeniu Studentów Medycyny IFMSA-Poland, teraz planuje poświęcić się działalności naukowej. Szczególne miejsce w jej sercu zajmuje rodzinne miasto - Łódź. Swój wolny czas spędza na długich pieszych wędrówkach, pisaniu i czytaniu, najlepiej w hamaku na działce. W przyszłości marzy jej się rezydentura z psychiatrii i publikacja własnej książki.

Dodaj komentarz

Ze względu na ochronę antyspamową komentarz każdego nowego użytkownika musi być zaakceptowany przez moderatora. W związku z tym może minąć trochę czasu nim Twój wpis pojawi się na stronie. Prosimy o cierpliwość :).

Nie musisz podawać swojego adresu email. Jeśli to zrobisz, nie będzie opublikowany - przyda się, gdybyśmy chcieli się z Tobą skontaktować. Zachęcamy również do zapisywania się do newslettera!