O agresji w Służbie Zdrowia

Ratownik medyczny wezwany do 2-letniej dziewczynki zostaje pobity do nieprzytomności przez jej ojca w trakcie udzielania pomocy. To kolejny tak skrajny przypadek agresji wobec personelu medycznego. Co sprawia, że atakujemy ludzi, którzy chcą nam pomóc? Czy naprawdę musimy czekać, aż ktoś umrze tragicznie, aby nadeszły zmiany? Jakie istnieją instrumenty prawne aby dociekać sprawiedliwości? Jakie kary prawo przewiduje za atak na lekarza, pielęgniarkę lub ratownika? Przyjrzyjmy się bliżej sytuacji w Polsce.

Primo non nocere, pliz!

Ratownik medyczny wezwany do dziecka z napadem drgawek zostaje pobity do nieprzytomności przez ojca dziecka w trakcie niesienia pomocy. Lekarka za wypisanie jednego opakowania leku zamiast dwóch jest zaatakowana przez syna pacjentki, który bije ją po twarzy i łamie jej nos. Rozłoszczony pacjent SOR w czasie szarpaniny wybija zęby pielęgniarce. Quo vadis, pacjencie?

Nawet młody rezydent, mimo większych pokładów energii i cierpliwości zauważa duże pokłady negatywnej energii ze strony pacjentów w swoim blogowym wpisie. Krzyczą młodzi, biją starzy, lub na odwrót. Paradoksalnie Ci pijani okazują się być nawet przesadnie uprzejmi, a przynajmniej niegroźni. Zauważmy, że wśród sprawców nawet nie wymieniam osób chorych psychicznie, po których teoretycznie można by się takowego zachowania prędzej spodziewać… Nic bardziej mylnego – agresor i zwykły cham siedzi w zwykłym człowieku. Pięć godzin czekania na SORze, dwa dni prób zapisania się do lekarza pierwszego kontaktu po to, by zostać "obsłużonym" w ekspresowym tempie przez zmęczonego i wiecznie spieszącego się medyka. Brzmi znajomo? To, że sytuacja do przyjemnych nie należy, to oczywiste. Że niektórym puszczają nerwy, jestem w stanie zrozumieć – w końcu i lekarzom nierzadko się zdarza. Ale żeby rzucać się z rękami na człowieka, który przyszedł Ci z pomocą? Podejrzewam, że większość z tych izbowych zawadiaków nie uderzyłaby ulicznego chuligana demolującego przystanek autobusowy równie chętnie, jak słabszą od siebie pielęgniarkę, która zmęczona "przekuła" żyłę w trakcie pobierania krwi. Jakoś tak łatwiej atakować tych, którzy nie oddadzą.

Owszem, sa sytuacje, że lekarz / ratownik / pielęgniarka zawinią. Czasem nawet z opłakanym skutkiem. Ale powiedzmy to przynajmniej raz stanowczo: w większości przypadków nie są to działania z premedytacją. Zmęczenie, stres, w najgorszym razie niewiedza bądź lenistwo – je należy tępić. Ale na pewno nie pięściami czy nożem. Ani nawet obelgami czy krzykiem – kto liznął choć trochę psychologię wie, że to przynosi odwrotny do zamierzonego skutek.

W Polsce, mam wrażenie, preferuje się szybki samosąd. Jest winny, wydajmy wyrok i wyegzekwujmy go, wedle zasady "najpierw wal, potem pytaj". Lekarz Izby Przyjęć nie chce wystawić zaświadczenia do sanatorium, tłumacząc, że od tego jest lekarz POZ? Dyżurny z Nocnej Pomocy Lekarskiej psioczy, że o pierwszej w nocy przyszłam po receptę na lek na trądzik, bo akurat mi się skończył? Że ratownicy kiwają głowami, bo wezwałem karetkę do dziecka z biegunką? Przecież – tu kardynalny argument – płacę składki. A jak płacę – to wymagam.

Bomisie

To biologicznie uzasadnione, że jeśli nie otrzymamy czegoś, co uznajemy za należne nam, za oczywiste, odczuwamy frustrację. Problem polskiego pacjenta, przynajmniej tego problematycznego bomisia – "bo mi się zrobiło takie coś na kolanie", "bo mi potrzeba tylko recepty" (na szczęście nie wszyscy tacy są) jest taki, że wychodzi z błędnego założenia – że mu się wszystko należy. Za darmo i od zaraz. W tym aspekcie duża część bomisiów zachowuje się gorzej niż rozpieszczone dzieci bogaczy – mają świadomość, że są na lepszej pozycji w kwestii stawiania wymagań. W końcu pacjent może nie wiedzieć, że na SOR nie zgłasza się celem wyjęcia kleszcza lub obejrzenia pieprzyka, natomiast pracownik medyczny ma obowiązek wykazać się wyrozumiałością. I w porządku – to zrozumiały układ, który zakłada, że lekarz / pielęgniarka / ratownik wie więcej niż pacjent o jego / jej stanie zdrowia – jeśli nie musi udzielić pomocy, to przynajmniej uświadomi.

Tarcie zaczyna się (coraz częściej) w momencie, w którym pacjent(ka) wychodzi z założenia, że wiedza i kompetencja jest po jego / jej stronie. A że przypadkiem tylko nie ukończył/a 6 lat studiów, roku stażu i 5/6 lat specjalizacji i nie ma uprawnień do wypisywania recept, nie zmienia faktu, że lekarz powinien pisać pod dyktando. "Dzień dobry, ja po skierowanie do dermatologa" – od stycznia br. coraz częściej słyszy to lekarz POZ. "Dzień dobry, rozumiem, a w czym problem" – odpowiadam zdziwionemu moim pytaniem człowiekowi, bo chcę wiedzieć, co mu dolega i czy sam nie będę w stanie mu pomóc. "Bo mi wyskoczyły takie krosty od dwóch dni". "Okej, to proszę pokazać". "Ale jak to? Tutaj? Mam się rozebrać? Jakbym wiedziała, że mam się rozbierać u lekarza, tobym nie zakładała tych spodni"… taki dialog zdarza mi się nie raz prowadzić z ludźmi zdziwionymi, że rozmowa trwa dłużej niż 2 minuty i jeszcze nie zakończyła się za drzwiami z wypisanym skierowaniem.

Zanim czytelnik zdąży wylać na mnie wiadro pomyj, śpieszę wyjaśnić – wiem, że opinia pacjenta o jego stanie zdrowia stanowi istotny element zbierania wywiadu. Zrozumienie perspektywy pacjenta nierzadko pozwala na postawienie trafnej diagnozy i ułatwia z nim kontakt. Nieraz lekarze / pielęgniarki wykazują się ignorancją nie słuchając tego, co mówi pacjent lub nie odnosząc się do ich potrzeb. Ale to nie o grzechach środowiska medycznego dzisiaj piszę, a o pacjentach i ich braku kultury.

Kultura zbyt osobista

Z tym brakiem kultury to ciekawa rzecz jest swoją drogą. Okazuje się, że z chamstwo jest demokratyczne jak alkoholizm – dotyka w równym stopniu wszystkich, niezależnie od statusu społecznego, wykształcenia i zarobków. Usłyszeć i przełknąć parę tłustych k… i ch… od lokalnego pijaczka w stanie upojenia jest jednak łatwiej, niż bardziej elokwentną tyradę z identycznym ostatecznym przesłaniem płynącym od młodzieńca w garniturku. Zastanawiające jest jednak to, że część z ludzi, którzy dają się bezrefleksyjnie ponieść emocjom, na co dzień prezentuje wysoki poziom kultury osobistej. Kiedyś myślałem, że jak ktoś jest z natury chamem, to nim pozostanie. Ale dziś myślę, że społeczeństwo trzeba edukować i jeśli ktoś mówi do lekarza "konowale", a do pielęgniarki "suko", to trzeba jednak cierpliwie, jak dziecku, tłumaczyć, że takie wyrazy są fe i tak nie mówimy.

Nie sposób nie zacytować tutaj psychologa Jacka Santorskiego w relacji dla Newsweek’a:
"Była duża akcja Gazety Wyborczej – «Leczyć po ludzku». Teraz przydałaby się akcja «Leczyć się po ludzku» – żeby pacjent nauczył się dobrze traktować lekarza.

Pozostając w temacie kultury osobistej i temperamentu, chciałbym się powołać na moje zagraniczne doświadczenie. Dane mi było praktykować m.in. w Austrii i Hiszpanii, odpowiednio miesiąc i rok czasu. W trakcie tego okresu ANI RAZU nie byłem świadkiem awantury na linii personel medyczny-pacjent. Owszem, widziałem co bardziej żywiołowe utarczki słowne, parę razy ktoś podniósł głos, ale… to wszystko. Żadnego "konowała" w wersji niemiecko- czy hiszpańskojęzycznej nie było dane mi usłyszeć. Przekleństwa akurat tak, ale nie personalne, raczej leksykalno-sytuacyjne, a te, z racji specyfiki hiszpańskiej natury, wpisywały się w kanon kulturowy. W każdym razie całokształt relacji z pacjentami wspominam bardzo pozytywnie. Aż chce się rzec – można? Można. Aha, od razu powiem – tam też na SORach się czeka kilka godzin.

Aspekt prawny

Mówiąc o agresji ze strony pacjentów, warto zastanowić się nad jej możliwymi konsekwencjami i prawną regulacją tego problemu. Mam wrażenie, że wokół tematu krąży wiele niedomówień i dezinformacji, dlatego warto zajrzeć na chwilę do odpowiednich ustaw.

Ochrona prawna należna funkcjonariuszowi publicznemu

Kim jest funkcjonariusz publiczny definiuje Art. 115 § 13 Kodeksu Karnego. Wymienia on kilkanaście stanowisk, w tym m.in.: Prezydenta RP, posła, sędziego, pracownika administracji rządowej itp. Powołując się na artykuł autorstwa mec. Jędrzeja Jakubowicza Lekarz – funkcjonariusz publiczny, w praktyce można wskazać następujące przypadki, w których lekarz mógłby być uznany za funkcjonariusza publicznego. Przysługiwałby mu taki status, gdyby:

  • był on pracownikiem administracji rządowej, np. Ministerstwa Zdrowia lub administracji samorządowej,
    chyba że pełniłby funkcje wyłącznie usługowe
  • pełnił funkcje kierownicze w państwowych szpitalach itp.
  • był pracownikiem Narodowego Funduszu Zdrowia
  • był uprawniony do podejmowania decyzji administracyjnych, np. jako członek Okręgowej Rady Lekarskiej w zakresie decydowania o przyznaniu Prawa Wykonywania Zawodu lekarza lub o zawieszeniu w wykonywaniu tego prawa.

Jak więc widzimy dotyczy to sytuacji wybitnie szczegółowych i dla typowego lekarza raczej niespotykanych. Dużo częściej przyjdzie nam natomiast korzystać z zapisu art. 44 ustawy z 5 grudnia 1996 r. o zawodzie lekarza i lekarza dentysty, zgodnie z którą lekarzowi przysługuje ochrona prawna należna funkcjonariuszowi publicznemu, gdy:

  • wykonuje czynności w ramach świadczeń pomocy doraźnej lub
  • udziela pomocy lekarskiej w każdym przypadku, gdy zwłoka w jej udzieleniu mogłaby spowodować niebezpieczeństwo utraty życia, ciężkiego uszkodzenia ciała lub ciężkiego rozstroju zdrowia, oraz w innych przypadkach niecierpiących zwłoki
Obecnie jesteś na stronie:

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim!

Zobacz też

O autorze

Krzysztof Ostaszewski
Redaktor Naczelny
Redaktor naczelny BML. Członek Porozumienia Rezydentów. W 2013 rozpoczął rezydenturę z onkologii klinicznej. W trakcie studiów wyjechał na praktyki do Austrii i Łotwy, odbył również roczne stypendium w Hiszpanii w ramach programu ERASMUS. Żegluje i jeździ po świecie rowerem. Dużo :-).
"Hasta la muerte, todo es vida." - Miguel de Cervantes, Don Quixote de la Mancha

Dwa komentarze na temat “O agresji w Służbie Zdrowia”:

  1. A co gdy agresja fizyczna spotyka młodszego lekarza(rezydenta) ze strony starszego (specjalisty)? Czy jest więcej takich przypadków? Co z tym zrobić gdy władze szpitala próbują zamieść sprawę pod przysłowiowy dywan?

Dodaj komentarz

Ze względu na ochronę antyspamową komentarz każdego nowego użytkownika musi być zaakceptowany przez moderatora. W związku z tym może minąć trochę czasu nim Twój wpis pojawi się na stronie. Prosimy o cierpliwość :).

Nie musisz podawać swojego adresu email. Jeśli to zrobisz, nie będzie opublikowany - przyda się, gdybyśmy chcieli się z Tobą skontaktować. Zachęcamy również do zapisywania się do newslettera!