Jasna strona codzienności

Narzekanie leży w naszej słowiańskiej naturze. Dzień bez sceptycznego komentarza na temat otaczającej nas rzeczywistości to dzień stracony. Rachunek krzywd i cudzych błędów stanowi ekwiwalent brytyjskiej powierzchownej rozmowy o pogodzie. Nie inaczej jest w naszym, lekarskim, środowisku. Prawda, mamy realne powody do niezadowolenia. Nie zmienia to faktu, że jego intensywność zależy bardziej od naszej natury, niż okoliczności. Czas przełamać ten stereotyp. Dziś będzie jak najbardziej pozytywnie. Poznajcie mojego szefa-Profesora.

Różne rzeczy mówi się o swoich szefach. Często spotykany jest dualizm opinii, w zależności, czy jest to wypowiedź publiczna, czy w gronie znajomych. Jest to bardziej niż oczywiste, że nie wszystko mówi się otwarcie, ale nader często spotkałem się z kierownikami klinik, których ego musiało wystawiać głowę przez okno, bo nie mieściło się w gabinecie. Taka postawa zabija spontaniczność i wymusza sztuczną formalność. A ponieważ często idzie w parze z innymi przywarami, prowadzi do sytuacji, w której prawdziwą opinię o wychwalanym przez wszystkich szefie usłyszysz dopiero w pokoju lekarskim lub prywatnej rozmowie – w zależności od stopnia wzajemnego zaufania wśród kolegów. Ja o moim Profesorze mogę powiedzieć zarówno otwarcie jak i prywatnie, że jest po prostu bardzo dobrym szefem. A żeby nie być gołosłownym – anegdota.

Miałem wtedy za sobą niewiele ponad rok pracy. To nie był jakiś wyjątkowo ciężki dyżur. Ale jeden z pacjentów wymagał pilnej konsultacji chirurgicznej i prawdopodobnie operacji. Nie znałem go wcześniej, przejąłem opiekę nad nim po poprzednim dyżurnym. Przejrzałem jego historię choroby, zbadałem i zadzwoniłem z prośbą o pomoc. Przyszło dwóch, punktualnie o zapowiedzianej porze. I zaczął się ubaw na cztery fajerki.

Jeden był wysoki i chudy, drugi wydawał się przy nim mały i przy kości. Jeden był chamski i opryskliwy, drugi opryskliwy i chamski. Było jak u Hitchcocka – zaczęło się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie nieprzerwanie rosło. Zanim zdążyłem się przywitać, otrzymałem kwiecistą wiązankę stylistycznie pełniącą funkcję zapytania, dlaczego ten pacjent w ogóle ma być konsultowany i założenie, że na pewno nie jest do operacji. Kiedy pierwsze lody zostały przełamane, za wszelką cenę próbowałem ocieplić atmosferę tłumacząc, że nie leży w mojej kompetencji ocena, czy i jak pacjent powinien być operowany i właśnie dlatego pytam. Moja nieustępliwie pokorna postawa i próba nawiązania dialogu zmusiła oponenta do przegrupowania i zmiany taktyki.
Do boju poszły wycieczki osobiste, w trakcie których padały słowa powszechnie uznane jako obraźliwe. Gdy pył bitewny opadł i adwersarze spostrzegli, że starcia nie zakończyły żadne konstruktywne wnioski, nadszedł czas na właściwy moment, czyli merytoryczną dyskusję. Starsi koledzy zadawali pytania, ja odpowiadałem wspierając się wpisami w dokumentacji medycznej. Koniec końców, po wyjątkowo długim czasie, konsultacja zakończyła się często występującym u nas wpisem "Biorąc pod uwagę rozległość procesu nowotworowego nie stwierdzamy wskazań do wykonania zabiegu w trybie planowym. W przypadku wystąpienia krwawienia zagrażającego życiu proponujemy wykonanie zabiegu ze wskazań życiowych". Pieczątki, podpisy, niemrawe uściski dłoni i do widzenia.

Tu nadchodzi akt drugi, ostatni. Dzień następny, poranny raport. Czyta Krystyna Czubówna. W raporcie suche fakty, wydarzenia, wyniki badań. Pod koniec z offu pada nieśmiałe słowo komentarza dot. postawy i zachowania starszych kolegów. "Byli wyjątkowo nieuprzejmi" mówię bardziej niż eufemistycznie. Profesor drąży. Próbuję zbyć temat, ale już za późno, słowo się rzekło. Nie ma co słodzić. Wali pięścią w stół i wskazując na mnie palcem mówi tylko "po odprawie – do mnie".

Nieco poddenerwowany wchodzę do jego gabinetu. Tam jeszcze raz na spokojnie zdaję relację z poprzedniego dnia. Już w trakcie Profesor wybiera na komórce telefon do kierownika właściwej kliniki, podaje nazwiska i prosi o rozmowę. Pół godziny później siedzimy w gabinecie profesora chirurgii – ja i Profesor, po drugiej stronie stołu bohaterowie dnia wczorajszego. Sytuację upraszcza fakt, że ich nastawienie nie uległo dużej zmianie, więc przynajmniej nikt nie może mi zarzucić pomówienia. Gdy kończą, Profesor ze znanym sobie spokojem odpowiada: "Panowie są starsi. Wasza postawa powinna być wzorem do naśladowania dla młodszego kolegi. Nic złego nie zrobił. A nawet gdyby w czymś zawinił, to wy powinniście zachować spokój i kulturę wypowiedzi".

Aż chce się zacytować A. Lincolna "We should be too big to take offense and too noble to give it.". Żałowałem tylko, że nie miałem na głowie kamerki GoPro, bo kto mi teraz uwierzy, że szef, Prof. dr hab. n. med., kierownik kliniki, osobiście tak aktywnie wstawił się za mną, rezydentem?!

Oczywiście, w mocy pozostaje maksyma "nie pytaj, co Twój szef zrobił dla Ciebie, leczy co Ty zrobiłeś dla niego". Ale ja sparafrazuję credo mojego Profesora "miejsce lidera nie jest na początku, lecz końcu, by mógł pomagać najsłabszym".

Dużo piszemy o tym, co jest źle i nie tak. Wytykamy absurdy i niedopatrzenia. To wszystko rysuje obraz polskiej medycyny w szarych barwach. Ale głównie dlatego, że na co dzień mniej jesteśmy skłonni docenić dobre aspekty naszej pracy – przyzwyczajamy się do nich i uznajemy je za normę, podczas gdy niedogodności rażą nas ustawicznie. Tymczasem warto czasem zatrzymać się i docenić wszystko to, co sprawia, że jesteśmy zadowoleni ze swojej pracy – przełożonych, kolegów, pielęgniarki, salowych, miejsce, możliwości rozwoju. Bo w naszym życiu zawsze jest ta jaśniejsza strona, z której warto się cieszyć.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim!

Zobacz też

O autorze

Krzysztof Ostaszewski
Redaktor Naczelny
Redaktor naczelny BML. Członek Porozumienia Rezydentów. W 2013 rozpoczął rezydenturę z onkologii klinicznej. W trakcie studiów wyjechał na praktyki do Austrii i Łotwy, odbył również roczne stypendium w Hiszpanii w ramach programu ERASMUS. Żegluje i jeździ po świecie rowerem. Dużo :-).
"Hasta la muerte, todo es vida." - Miguel de Cervantes, Don Quixote de la Mancha

Jeden komentarz na temat “Jasna strona codzienności”:

  1. wspaniały wpis 😉 Tak właśnie do życia trzeba podchodzić! A ordynatora zazdroszczę 🙂
    możesz przypomnieć jaką specjalizację robisz:)?

Dodaj komentarz

Ze względu na ochronę antyspamową komentarz każdego nowego użytkownika musi być zaakceptowany przez moderatora. W związku z tym może minąć trochę czasu nim Twój wpis pojawi się na stronie. Prosimy o cierpliwość :).

Nie musisz podawać swojego adresu email. Jeśli to zrobisz, nie będzie opublikowany - przyda się, gdybyśmy chcieli się z Tobą skontaktować. Zachęcamy również do zapisywania się do newslettera!