Prawdziwy lekarz

Zanim poszli na medycynę, zdążyli się do niej uprzedzić. Nie zraziła ich żadna medialna propaganda lecz przykre doświadczenia własne. Z czasem nabywali nowych, lepszych, które pomogły im zmienić zdanie. Spotkali lekarza, takiego prawdziwego. Lekarza, który pomaga, leczy i uczy. Umacnia pojęcie tego zawodu. Którego warto stawiać sobie za wzór do naśladowania.

Doktor Emilia

Był sobie chłopak. Nazwijmy go Tomkiem. Tomek oddział interny zapamiętał jako umieralnię. Pół roku wcześniej umarła w tym samym miejscu ciocia, a od początku lata w duchocie kolejno odchodzili najstarsi pacjenci na oddziale. Wszystko wskazywało na to, że i jego babcia miała tam umrzeć. Na oddziale chorób wewnętrznych nikt się nikim nie interesował. Do czasu odwiedzin chorzy nie mogli liczyć nawet na to, że ktoś poda im szklankę wody. Jego rodzina miała jednak szczęście. Trafili na młodą, łagodną panią doktor, która zrobiła najprostszą rzecz na świecie. Porozmawiała z nimi.

Dr Emilia znała swoich pacjentów, nie przerzucała ich na inne oddziały, nie odmawiała pomocy. Leczyła. Kiedy nadszedł czas agonii, uprzedziła rodzinę, aby mogli zwolnić się z pracy. Salowa była wściekła, że “znowu zgon”, lekarze zaśmiewali się z dowcipów w pokoju lekarskim, a pielęgniarki piły kawę. Pośród znieczulicy i bezsilnych ciał oddzielonych od świadomości sierpniowym upałem dr Emilia była niczym anioł. W prostym białym kitlu, pełna szacunku, liryczna jak Emilka ze Srebrnego Nowiu.

Zawór bezpieczeństwa do szaleństwa rodziny.

Profesor Lech i jego świta

Ten sam Tomek trafił na medycynę. Spodziewał się wszystkiego, co najgorsze, zwłaszcza na wakacyjnych praktykach. Po zajęciach w prosektorium stracił całe zainteresowanie ludźmi i ich leczeniem, a na widok krwi dostawał torsji. W akcie masochistycznej próby udowodnienia sobie, że czas zmienić kierunek studiów, na praktyki udał się na oddział chirurgii. Jakże dziwni wydali mu się tamtejsi lekarze! Dziwni w porównaniu z dotychczas spotkanymi. Interesowali się pacjentami, tłumaczyli im kwestie zabiegu i rozwiewali wątpliwości.

Zespół był bardzo zróżnicowany – od skrupulatnych lekarek, które studenta cierpliwie uczyły chirurgicznego mycia rąk, po chirurgów-wyjadaczy od operacji “ekspresówek”, przyprawiających instrumentariuszki o zawał serca. Wszystkich łączyła chęć dzielenia się wiedzą. Student wcale nie chciał, to lekarze go zachęcali! Tomek niespecjalnie garnął się do zabiegówki, ale postanowił skorzystać z okazji i przekonać się jak to jest. Nie tylko nie zwymiotował przy pierwszej operacji, ale asystował przy kolejnych trzech. Nie od razu jednak.

Przez pierwszy tydzień chłopak czuł się 5 kołem u wozu oraz niewolnikiem pielęgniarek. Zauważono go po jednym z obchodów, kiedy to profesor Lech po ojcowsku przywołał studenta zza pleców lekarzy, aby nauczyć go badania odmy opłucnowej. Rzecz banalna, a przecież później na drugim roku zadziwił kolegów tą wiedzą.

Bo oczywiście został na medycynie. Przekonał się, że nikt go z niej nie wyganiał.

Doktor Urszula

Wojtek miał szczęście do praktyk. Kiedy jego koledzy pomijali temat machnięciem ręki, bo w przychodni dostawali pieczątkę i krzyżyk na drogę, on mógł się pochwalić dwoma tygodniami praktycznej nauki. Wojtek poszedł na praktyki do swojej lekarki rodzinnej. Pomimo iż wizyty wyglądały jak masowy przerób, żadna z nich nie była przeprowadzona machinalnie. Dr Urszula potrafiła być oschła i surowa, ale nigdy nie mówiła źle o o swoich pacjentach, czego niestety Wojtek bywał świadkiem w czasie zajęć u innych lekarzy. Pomiędzy mierzeniem ciśnienia a wypisywaniem recept znajdowała nawet czas, by nieporadnemu studentowi objaśnić pewne zawiłości diagnostyczne i lecznicze. Poznał całe spektrum pacjentów: od noworodków po pacjentów z nowotworami. Każdy potraktowany indywidualnie i ze zrozumieniem problemu, z którym przychodził.

Student przestał się dziwić, dlaczego do niektórych lekarzy pacjenci zapisują się masowo, nawet jeśli muszą czekać. Wiedzą, że warto.

Doktor Małgorzata

Lekarza napotkała też Dominika. Zanim to jednak nastąpiło odwiedziła trzy szpitale, w których nikt nie mógł jej pomóc. Dwa pierwsze miały ręce związane przez NFZ, w trzecim otrzymała lek przeciwbólowy, który i tak nie działał. Nie, nie, nie zbadano jej. Przecież na odległość wiedziano, co jej jest. Przy okazji wysłuchała kilku dyżurnych opowieści o czyimś dziecku, czyjejś koleżance i czyimś zdaniu na ich temat.

Po nieprzespanej nocy udała się do przychodni, gdzie dowiedziała się, że nie ma rozumu, że się nie zna i że poprzednia diagnoza była trafna. Dostała kolejne leki, które nic nie dały. O skierowanie do specjalisty musiała się kłócić, bo przecież skoro terminy i tak są za rok, to po co dawać.

Zgięta i roztrzęsiona, przy każdym kroku odczuwając ból, przyszła lekarka przez następny tydzień odbyła ważną lekcję. Cierpienie zmienia człowieka. Zszargane zmysły kurczowo trzymały się myśli, że przynajmniej miała skierowanie.

Po pomoc udała się w końcu na oddział, po zajęciach w szpitalu, bo przez cały czas na zajęcia chodziła. Dr Małgorzata nie miała do niej pretensji, że przyszła, nie wyrzuciła jej z gabinetu ani nie oceniała jej zdolności percepcyjnych (w owej chwili nader słabych). Kazała przyjść wieczorem do poradni.

Lekarka o mądrym, błękitnym wejrzeniu sprawiała wrażenie średniowiecznej mistyczki rozważającej każde zasłyszane słowo. W trakcie wizyty zadawała kolejno pytania, które Dominika znała z podręcznikowego wywiadu lekarskiego. Później zbadała specyficzne objawy. Po zleceniu badań i przepisaniu leków (pierwszego rzutu, nie wziętych z kosmosu), wyjaśniła Dominice, co ma robić. Tylko tyle i aż tyle!

Dziewczyna wyszła z gabinetu lżejsza o 5 kilogramów zmartwień. Ból jeszcze pozostawał taki sam, ale przynajmniej nie mnożył go już strach i niepewność. Proces leczenia od tej pory zaczął dawać nadzieję, a pacjentka spojrzawszy na zegarek odkryła, że dr Małgorzata dokonała niemożliwego. Wizyta trwała tyle samo, co przekomarzanie się w POZ.

Doktorowie M. i M.

Kolejne praktyki i kolejny zgrany zespół pod wodzą ojcowsko surowego Profesora. Trzech studentów dziękowało losowi, że nie przyjęto ich na oddział piętro niżej, gdzie Pani Ordynator wprowadziła atmosferę strachu. Tutaj między lekarzami panowała przyjacielska atmosfera. Specjaliści współpracowali z rezydentami jak z równymi sobie, chociaż ci pierwsi skwapliwie przydzielili młodym lekarzom praktykantów.

Doktor Maciej okazał się żwawym, drobnym biegaczem (bo zdarzało mu się biegać na izbę) zawsze chętnym do pomocy. Trochę ociągał się z wypisywaniem pacjentów, czym denerwował resztę lekarzy, ale studenci z miejsca go polubili. Nie minęło 5 minut od kiedy byli na oddziale, a już mogli dotknąć medycyny! Młody lekarz zawsze dawał im możliwość osłuchiwania i opukiwania chorych razem z nim.

Z kolei dr Melania była ulubienicą szpitala (pewnie nadal jest). Roześmiana i rozważna, a przy tym, nie przebierając w słowach – śliczna. Zawsze z różańcem w kieszeni. Pomimo iż jej podopieczna w przeciwieństwie do kolegów nie wychodziła z praktyk przed godziną 15.30, nie żałowała żadnej minuty spędzonej na oddziale. W ciągu kilku tygodni studenci przeszli skondensowaną powtórkę z interny i farmakologii. Byli też świadkami wspomożenia leczenia wyczerpującymi poradami lekarskimi. Wbrew pozorom to rzadkie zjawisko. W połowie praktyk zdobyli większą wiedzę niż przez cały rok zajęć.

Młodzi lekarze nauczyli ich też czegoś ponadprogramowego. NFZ nie refunduje życzliwego uśmiechu i miłego słowa dla pacjenta, ale przecież… to nic nie kosztuje.

Trudno wymienić wszystkich dobrych lekarzy, których napotkaliśmy na naszej drodze. Każdemu z osobna należą się podziękowania. Nam pozostaje życzyć sobie nawzajem, abyśmy nie zapomnieli, że możemy odmienić życie człowieka, jeszcze zanim zaczniemy go leczyć.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim!

Zobacz też

O autorze

Maria Piekutowska
redaktor
Rocznik '93, studentka UMED w Łodzi, patriotka. Na co dzień popularyzuje polską myśl narodową, historyczną i polityczną. Od niedawna interesuje się historią Kościoła Katolickiego. Prywatnie miłośniczka rysunku, jeździectwa oraz science-fiction. Ryś.
"Pióro mocniejsze jest od miecza... wyłącznie jeśli miecz jest bardzo mały, a pióro bardzo ostre. - Terry Pratchett

Komentarze na temat “Prawdziwy lekarz”:

  1. Zastanawiałam się co to za melodramatyczne i wzniosłe przypowieści… No tak, Piekutowska. Morze niekompetencji i dryfujace boje z lekarskim powołaniem. Oczywiście nie mogło zabraknąć różańca w kieszeni w jednej ze scenek. No cóż, mam nadzieję przeczytać jakiś tekst za kilkanaście lat, na razie bardzo rzuca się w oczy nastoletnie generalizowanie i skłonność do grafomanii.

    1. Już się dziwnie czułam, że nikt nie odpowiada agresją na moje morze niekompetencji. Szkoda, że nie wytknięto mi żadnych szczegółów tej niekompetencji (a przy okazji korektorowi, przez którego ręce tekst przeszedł). Jeśli doświadczenia własne wielu osób są nastoletnim generalizowaniem… To chyba wszystko nim jest.

      Powiem szczerze, że mi też się tekst nie podoba. Poproszono mnie o coś pozytywnego, więc opisałam szczerze i dosłownie znane mi doświadczenia. Na co dzień zwykłam pisać o młodocianych bojownikach Wojującego Nihilizmu, dzielnie stawiającym opór akcesoriom religijnym w kieszeniach. W tych melodramatycznych kieszeniach! (Przyznaję to też niezbyt mądre, ale czasami zabawne).

      Przekażę dr Melanii, żeby nie nosiła różańca. Jeszcze obrazi jakiegoś Lola (zupełnie abstrahując – LoL jest dla gimbazy).

      P.s. „po nazwisku to po pysku”, Odważny Anonimie. 🙂

  2. Spotykasz się z negatywnymi opiniami i niechęcią. Jedna czy dwie osoby mogą być po prostu nieżyczliwe, ale kiedy złe reakcje staja się reguła to coś jest na rzeczy, nie sądzisz? Z jakiegoś powodu wzbudzasz irytację, a nie sympatię. Nie zrozumiałas komentarza powyżej, morze niekompetencji to metafora opisu całego środowiska lekarskiego, który przebija z tekstu. Niesprawiedliwościa jest na tej zasadzie robić kontrast z pozytywnymi jednostkami. A różaniec w kieszeni po prostu został przedstawiony tak, jakby noszenie tego różańca to było coś wyjątkowego, buntowniczego i mającego się spotkać z ostracyzmem współczesnego, zespustego spoleczenstwa. Akurat katolicy to przecież większość, także w środowisku lekarskim. A zepsucie nijak się ma do wyznania. Generalizowanie, egzaltacja i tworzenie podzialow. To nie jest coś nastrajajacego pozytywnie, wręcz przeciwnie.
    Bardzo to dojrzałe wyśmiewać czyjeś imię. Ale przyznam, że niczego innego bym się nie spodziewała.

  3. Nastoletnie w podejściu Autorki nie wydaje się tylko to, c o pisze, ale głównie to, j a k pisze; stwierdzam to po lekturze kilku jej artykułów. Również ujawnia się to w jej komentarzach. Komentujący mają prawo się zżymać, krytykować, czepiać (byle nie uciekali się do wulgaryzmów i obelg, wiadomo).

    A autor – cóż, ten może zrobić z krytyką różne rzeczy. Albo się obrazić lub odgryźć, niczym – właśnie – odęta, przemądrzała nastolatka (np. projektująca własną agresję na Lolę) albo 1) przemyśleć jeszcze raz swoje tezy i styl, względnie: 2) jeśli już przyłożyć komuś komentującemu, to biorąc na celownik jego tezy i wykazując prawdziwą inteligencję, a nie żeby było widać, jak grubymi nićmi szyty jest kontratak powodowany poczuciem urazy. Jak choćby w przypadku „argumentu” ad personam na samym końcu („po nazwisku to po pysku”, Odważny Anonimie”). Jakie znaczenie ma tożsamość komentującego?

    Cóż, jeśli Autorka dysponuje argumentami merytorycznymi i wolą dialogu – to żadne. Jeśli zaś chce „przywalić” – to ta kwestia robi się użyteczna. Podsumowując: ani poziom merytoryczny, ani styl Autorki nie przypomina chirurgii naczyniowej; wygląda raczej na próbę amputacji nogi plastikowym nożykiem z fast-foodu.

  4. PS

    „Po nazwisku to po pysku” – tak się mawiało za moich czasów w podstawówce, a zatem znów: intrygująca proweniencja takiej frazeologii…

    Faktycznie, uprzejmiej jest użyć imienia z nazwiskiem albo tytułem grzecznościowym czy zawodowym. Chociaż w środowisku naukowym, artystycznym, medialnym itp. stosowanie samego nazwiska jest normą. Ba, można odbierać je jako nobilitację – tak jak renesansowym twórcom zależało na tym, by samo ich imię było od razu kojarzone z ich osobą, tak samo dziś, w dobie zalewu informacyjnego, być wymienianym po nazwisku to zostać poniekąd wyróżnionym przez jednoznaczność identyfikacji.

    Tak czy inaczej kwestia tytulatury jest sprawą poboczną. Czytaj: niemerytoryczną, czyli taką, jaką w ogóle się zajmować niespecjalnie warto. Naprawdę, obrazić się zawsze Pani Doktor zdąży, i kogoś pewnie też, jeśli będzie odpowiednio podatny. A ta podatność się ludziom zwykle zmniejsza po ukończeniu gimnazjum czy liceum i uzyskaniu jako takiej równowagi hormonalnej…

Dodaj komentarz

Ze względu na ochronę antyspamową komentarz każdego nowego użytkownika musi być zaakceptowany przez moderatora. W związku z tym może minąć trochę czasu nim Twój wpis pojawi się na stronie. Prosimy o cierpliwość :).

Nie musisz podawać swojego adresu email. Jeśli to zrobisz, nie będzie opublikowany - przyda się, gdybyśmy chcieli się z Tobą skontaktować. Zachęcamy również do zapisywania się do newslettera!