Hospicjum to też życie

Hospicjum. Pierwszy raz o wolontariacie pomyślałem będąc w liceum. Chciałem w jakiś sposób pomóc innym, jednak miałem wtedy w głowie za dużo obaw, za dużo “ale”.
Bezpośrednio przed studiami zmarła moja babcia. Siedziało to we mnie. To nie był jedyny, decydujący powód. Wszystko zaczęło się na drugim roku od serii wykładów profesor Małgorzaty Krajnik, szefowej Katedry i Zakładu Opieki Paliatywnej. Mówiła o medycynie wobec końca życia. Sposób, w jaki przedstawiła podejście lekarza do umierających, zafascynował mnie. To był wzorzec idealny.

Hospicjum. Pierwszy raz o wolontariacie pomyślałem będąc w liceum. Chciałem w jakiś sposób pomóc innym, jednak miałem wtedy w głowie za dużo obaw, za dużo “ale”:

Ale czy ja sobie poradzę?
Ale czy ja się nadaję?
Ale przecież ja nic nie umiem.
Ale przecież hospicjum to umieralnia.

I odpuściłem. Na jakiś czas temat ucichł, aż do drugiego roku studiów. Chodziłem wtedy na wykłady fakultatywne „Medycyna wobec końca życia”. I jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy dowiedziałem się, że hospicjum nie jest wcale takim ponurym miejscem, za jakie je uważałem. Poznałem cel, jaki przyświeca opiece paliatywnej, i zrozumiałem, że słowa Cecily Saunders (założycielki ruchu hospicyjnego) „nie chodzi o to, by dodać dni twojemu życiu, ale o to, by dodać życia twoim dniom” niosą o wiele większe przesłanie, niż mi się do tamtej pory zdawało.Tak narodził się pomysł założenia koła naukowego medycyny paliatywnej. By działać w kole należało rozmawiać z pacjentami, mieć z nimi kontakt. Jednak ciężko mówić o jakichkolwiek umiejętnościach rozmowy na przełomie 2 i 3 roku studiów. I tutaj naprzeciw wyszło hospicjum, gdzie do dziś odbywają się kursy dla wolontariuszy. Przez kilka tygodni można poznać strukturę tej instytucji, są przeprowadzane rozmowy z psychologiem, odgrywa się scenki. Dopiero po takim przygotowaniu można przyjść na pierwszy dyżur.

Nie chodzi o to, by dodać dni twojemu życiu, ale o to, by dodać życia twoim dniom.Na tym pierwszym dyżurze zobaczyłem, że naprawdę „hospicjum to też życie”. Byłem dość zdenerwowany – wiadomo: nowe miejsce, nowy personel, nowi pacjenci. Szczególnie ci ostatni – czy aby na pewno dam sobie radę? Okazało się, że przez pierwsze dni sam otrzymałem więcej wsparcia i ciepła, niż mogłem się tego spodziewać. Wszyscy byli uśmiechnięci, mili, przyjaźnie nastawieni. Nie było niechęci ani wrogości, tylko taka prawdziwa radość z chwili. W głowie cały czas kołatały mi pytania – o czym ja mogę rozmawiać? Jakie tematy mam poruszać? To również okazywało się proste – tematy pojawiały się same, wystarczyło słuchać. Szybko zauważyłem, że zwykłe słuchanie to nie wszystko, ponieważ prócz tego, co pacjenci mówili, ważne było też, by wsłuchać się w ich emocje oraz nastrój. Nie każdy dzień był dobry na rozmowę, czasem bardziej stosowne było pomilczeć, zwyczajnie posiedzieć przy kimś. Zdarzało się również tak, że to nie pacjent potrzebował rozmowy czy obecności, a jego rodzina.

Wizyta w hospicjum to nie wszystko. Wraca się z niego do domu, do swojego życia, i wtedy dopiero następuje prawdziwy test emocji i własnej osobowości. Pamięta się historie. Pamięta się doświadczenia, o jakich się słuchało. Pamięta się o chorobie, na którą dana osoba cierpiała. Nie jest to pierwsza wizyta u tego pacjenta – tylko kolejna. Niestety, czasem bywało tak, że wchodziłem na salę, a łóżko było puste. Pytałem się zawsze z nadzieją pielęgniarek: – “A Pan M. z sali 4 leży teraz gdzie indziej? – Nie, niestety, zmarł w nocy”.

I to jest właśnie rzecz, którą uważam, za najtrudniejszą – nie tylko w hospicjum, ale też w życiu – ułożyć to w swojej głowie: nadchodzi moment, kiedy życie dobiega końca i nie zawsze możemy ani nawet powinniśmy temu przeciwdziałać. Nawet jako lekarze. Ale możemy się nauczyć dodawać życia dniom naszym pacjentów.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim!

Zobacz też

O autorze

Paweł Flisiński
wpis gościnny
Już powoli nie student 6 roku medycyny, ale jeszcze nie lekarz stażysta. Anestezjolog in spe. Miłośnik ratownictwa medycznego uwielbiający czytać książki. Punktualny ‘pracoholik’ uważający że „Nad Niemnem” było powieścią o wartkiej akcji. Od niedawna amator gier planszowych. Oficjalnie zawsze chciałem być strażakiem, ale w praktyce w domu zawsze tworzyłem szpital w którym deska do prasowania służyła za nosze, a misie przechodziły zabiegi od leczenia złamań do operacji na otwartym sercu – każdy z nich jest zdrowy do dziś.
"Najstarszym i najsilniejszym uczuciem znanym ludzkości jest strach, a najstarszym i najsilniejszym rodzajem strachu jest strach przed nieznanym." - H.P. Lovecraft

Dodaj komentarz

Ze względu na ochronę antyspamową komentarz każdego nowego użytkownika musi być zaakceptowany przez moderatora. W związku z tym może minąć trochę czasu nim Twój wpis pojawi się na stronie. Prosimy o cierpliwość :).

Nie musisz podawać swojego adresu email. Jeśli to zrobisz, nie będzie opublikowany - przyda się, gdybyśmy chcieli się z Tobą skontaktować. Zachęcamy również do zapisywania się do newslettera!