Przychodzi policjant po lekarza…

Taka sytuacja: trwa dwudziesta minuta sesji psychoterapeutycznej. Na korytarzu na wizytę kontrolną czeka jeszcze dwóch chorych psychicznie pacjentów. Nagle do drzwi gabinetu puka dwóch policjantów, wchodzą i mówią: zapraszamy do radiowozu. Co takiego zrobiła Pani doktor? Łapówki, lewe zwolnienia, handel substancjami psychoaktywnymi? Nic z tych rzeczy, doktor Ewa ma czyste sumienie. Ale ma pecha. Ktoś się pomylił i nie dostarczył wezwania do sądu. Przez administracyjny błąd lekarz stał się ofiarą systemu, niczym z powieści Franza Kafki.

Krzysztof Ostaszewski: Na wstępie: możemy mówić do siebie per Ty? Jak lekarz z lekarzem?

Ewa Dobiała: Jasne, tak będzie naturalniej, w końcu nie na co dzień udzielam wywiadów.

Wtargnęli do Ciebie otwierając drzwi kopniakiem, wykręcili ręce i zapięli w kajdanki?

Nie, zupełnie nie tak. Choć nie mogę powiedzieć, żeby sytuacja była miła. Policjanci byli grzeczni, a nawet bardzo grzeczni. Ale po kolei.

Jestem psychiatrą i psychoterapeutą. To był poniedziałek, od rana przyjmowałam w poradni psychiatrycznej. Wyobraź sobie: jedenastu pacjentów umówionych w poradni, co drugi psychotyczny. Dwudziesta minuta sesji psychoterapii. Pacjentka w swoich emocjach, w swoim procesie. Za drzwiami czeka dwóch innych pacjentów. Nagle ktoś puka do drzwi. Pracuję w tym miejscu długo, wszyscy wiedzą doskonale, że w trakcie sesji nie wolno mi przeszkadzać. Musi naprawdę dziać się coś niezwykłego, żeby mi przerwać. Powiem wręcz, że to był pierwszy raz w życiu, kiedy ktoś przeszkodził mi w trakcie terapii. Z niepokojem patrzę więc na drzwi – do pokoju wchodzi dwóch policjantów.

Poprosiłam, żeby wyszli i poczekali na zewnątrz. Spróbowałam domknąć proces, żeby pacjentki nie zostawiać w takim stresie. To nie jest takie łatwe zaopiekować się emocjami kobiety, kiedy wiem, że mam dwóch policjantów pod drzwiami i nie wiem nawet dlaczego. Wypuściłam moją pacjentkę w stanie stabilnym. Policjanci dalej stali pod drzwiami i czekali, a ja przyjęłam jeszcze dwóch pacjentów. Drugi przyszedł w krótkiej, formalnej, ale ważnej sprawie – chodziło o napisanie orzeczenia. Trzeci wymagał recepty; rozmowę i właściwy wywiad musieliśmy przełożyć.

Lęk, niepokój, napięcie. Bardziej nawet po stronie pacjentów niż mojej. Nagle ja, lekarz, wychodzę z poradni i zostawiam pacjentów z ich problemami? Niestety, nie miałam wyboru.

Wizyta trwa średnio 30 minut, jeśli jedną wizytę skróciłam, a pozostałe były krótką formalnością, to poradnia zrobiła się pusta i uniknęłam robienia scen na oczach pacjentów.

I co się właściwie okazało? Czego chcieli?

Okazało się, że przyjechali, by doprowadzić mnie na rozprawę, w której miałam być świadkiem. Dwa tygodnie wcześniej do mojego domu przyszło (pierwszy i jedyny raz) zawiadomienie z wezwaniem do stawienia się w sądzie. Normalna sprawa dla psychiatry.

Nawet miałam ten dokument przy sobie, pokazałam im na dowód, że o tym wiem. Niestety, policjanci mieli polecenie mnie zatrzymać i zaprosili mnie do radiowozu.

Czyli gdyby żaden policjant po ciebie nie przyjeżdżał, to i tak byś się stawiła na czas?

Dokładnie tak, odwołałam z wyprzedzeniem moich pacjentów i byłam gotowa do wyjazdu na tyle wcześnie, by zdążyć na tą jedenastą. Policjanci przyjechali do przychodni chwilę po 8.

Nie wyprowadzili mnie w kajdankach (choć mogli). Mieli wyczucie do tego stopnia, że stwierdzili, że oni wyjdą pierwsi, pozwolili mi zadzwonić do męża, poszłam dokupić bilet do parkomatu. No i wsiadłam do tego radiowozu, bo co miałam robić? Zawieźli mnie na komendę.

Czyli przez ten czas policjanci czekali na ciebie w radiowozie, a nie chodzili za tobą po ulicy?

Tak, na całe szczęście. To trzeba im oddać. Mogli zrobić większy cyrk wokół tego. Wydaje mi się, że byli równie skrępowani, co ja. Pomimo całego absurdu tej sytuacji, zachowywali się wobec mnie życzliwie.

Zaprowadzili mnie do jakiejś piwnicy. Nigdy wcześniej nie byłam w areszcie, więc to chyba było to, co ludzie nazywają dołkiem.

Co stało się później? Jak dostałaś się do sądu?

Na komendzie przesiedziałam ponad godzinę, sporządzono oficjalny protokół zatrzymania. Niestety nie udało mi się wtedy dodzwonić do prawnika. Zarekwirowano wtedy moje rzeczy: dowód osobisty, telefon, torebkę itp. Na domiar złego okazało się, że nikt z funkcjonariuszy nie wiedział, że mają po mnie przyjechać, więc czekałam na transport. Jak się okazało, był to radiowóz konwojowy – ten już wyglądał konkretnie, tak jak na filmach – brak szyb, wewnętrzna krata, w środku wąska plastikowa ławeczka. Powiem Ci, że zapach takowego od środka to doświadczenie, które zostaje w pamięci.

Policjanci z konwoju nie byli z początku tak mili, jak ci z komendy. Odebrali protokół zatrzymania i bez słowa wyjaśnienia, nie przedstawiając się, po prostu wsadzili mnie do środka. Po drodze prawdopodobnie porozmawiali z kolegami przez radio, bo gdy zatrzymali się, żeby odebrać kolejną osobę (z aresztu śledczego), obchodzili się ze mną łagodniej i pozwolili mi przesiąść się do części poza kratami, gdzie mogłam usiąść na normalnym fotelu z pasami. Druga pasażerka w odróżnieniu ode mnie była zakuta w kajdanki i, mówiąc delikatnie, atmosfera w powietrzu nie była miła.

W całym absurdzie tej sytuacji można wskazać kilka momentów, w których policjanci wykazali się szczególnym wyczuciem i delikatnością. Wszystko, co mogli zrobić, żeby to jakkolwiek wyglądało, zrobili. Nie zmienia to jednak faktu, że w ogólne nie powinno do takiej sytuacji dojść.

Nie jesteś niczemu winna, w końcu niedopatrzenia formalne leżą po stronie sądu. Jak wyglądała sama rozprawa?

Kto dokładnie dopuścił się niedopatrzeń tego jeszcze nie wiem. W sądzie kazano mi usiąść na ławce. Policja została zwolniona. Miałam pięć minut na zadzwonienie do prawnika, na szczęście odebrał. Polecił mi przede wszystkim spytać się, dlaczego w takim trybie zostałam dostarczona.

“Dostarczona”?!

[Śmiech] No dokładnie, czułam się w sumie jak tobołek. Cała rozprawa trwała może 5 minut, odczytałam całe 8 linijek odręcznie napisanej przeze mnie dokumentacji, którą raczej można było rozczytać bez mojej pomocy bo pismo mam raczej czytelnie. Byłam świadkiem, bo raz widziałam pacjenta przez 10 minut 4 lata temu.

Dowiedziałaś się, dlaczego zostałaś potraktowana w taki sposób?

Kiedy pod koniec o to spytałam, sędzia tłumaczyła, że wysyłane było wiele zawiadomień do szpitala, w którym kiedyś pracowałam i nie zgłosiłam się. Zdążyłam jeszcze złożyć odwołanie od kary grzywny, która została na mnie nałożona z powodu niestawienia się z własnej woli na rozprawę, podziękowałam i wyszłam.

Przyznaj: byłaś zdenerwowana?

Tak szczerze: jestem psychiatrą. Ja naprawdę wiele rzeczy na tej psychiatrii przeżyłam. Udało mi się skontenerować te wszystkie emocje, utrzymać w sobie. Ani się nie rozwaliłam przy tych policjantach, ani im tam nic niegrzecznego nie wcisnęłam. Ale w domu byłam naprawdę bardzo, bardzo zmęczona. Na domiar złego sąd jest położony w innym mieście niż przychodnia, w której zostawiłam auto, a procedura nie zakładała przejażdżki powrotnej. Byłam tego dnia bez śniadania, bez picia i kiedy zszedł cały stres, wymagałam niemalże reanimacji. Cała sytuacja była jak wyjęta z powieści Kafki – jest jakiś proces, wszystko toczy się poza tobą, choć z twoim udziałem.

Czy historia będzie miała ciąg dalszy?

Jeszcze nie wiem. Myślę o podjęciu jakiś formalnych kroków, żeby prawnik doszedł do tego, gdzie popełniono błąd. Z jednej strony wszyscy byli uprzejmi, z drugiej w ogóle nie powinno do takiej sytuacji dojść. Ja się niestety nie znam na takich rzeczach, to był pierwszy raz, kiedy miałam z nimi bezpośrednią styczność.

Ktoś zawinił, skoro zostałam tak potraktowana. Ktoś zapomniał lub nie chciał dostarczyć, wyrzucił do kosza, wzruszył ramionami a ja zostałam potraktowana jak kryminalista. Mam obawy, że takie historie mogą się powtarzać i choćby dla zasady warto walczyć o dobre imię.

Jeszcze jedno: jak właściwie policjanci potrafili Cię znaleźć, skoro sąd nie umiał dostarczyć skutecznie wezwania na rozprawę?

Przyjechali do mnie do domu, do miejsca zameldowania. Ponieważ byłam już w pracy, zastali domowników, którzy poinformowali ich, gdzie pracuję. Z resztą nie jest raczej trudno dowiedzieć się tego, biorąc pod uwagę, że można wygooglować moje nazwisko i znaleźć do mnie numer telefonu i godziny przyjmowania, razem z adresem gabinetu…

Ewa Dobiała

Ukończyła Akademię Medyczną w Gdańsku na Wydziale Lekarskim w 2004r. Pierwsze doświadczenia zawodowe jako lekarz, psychiatra i psychoterapeuta zbierała pracując w Wojewódzkim Szpitalu Psychiatrycznym w Kościanie.
W listopadzie 2012r uzyskała tytuł specjalisty psychiatry.

Szkolenia z zakresu psychoterapii rozpoczęła w 2001r. Ukończyła m.in. 4-letnie całościowe szkolenie w Polskim Instytucie Ericksonowskim oraz całościowe szkolenie z zakresu Transkulturowej Psychoterapii Pozytywnej.

W lutym 2012r uzyskała certyfikat psychoterapeuty Sekcji Naukowej Psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychiarycznego. Jest certyfikowanym psychoterapeutą i trenerem Transkulturowej Psychoterapii Pozytywnej oraz certyfikowanym specjalistą terapii środowiskowej.

Jest członkiem kadry dydaktycznej Wrocławskiego Instytutu Psychoterapii, a także jednym z założycieli Polskiego Stowarzyszenia Rozwoju Psychoterapii. Od 2016 roku superwizor-aplikant SNP PTP.

Prywatnie żona i matka dwóch dorastających córek.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim!

Zobacz też

O autorze

Krzysztof Ostaszewski
Redaktor Naczelny
Redaktor naczelny BML. Członek Porozumienia Rezydentów. W 2013 rozpoczął rezydenturę z onkologii klinicznej. W trakcie studiów wyjechał na praktyki do Austrii i Łotwy, odbył również roczne stypendium w Hiszpanii w ramach programu ERASMUS. Żegluje i jeździ po świecie rowerem. Dużo :-).
"Hasta la muerte, todo es vida." - Miguel de Cervantes, Don Quixote de la Mancha

Dodaj komentarz

Ze względu na ochronę antyspamową komentarz każdego nowego użytkownika musi być zaakceptowany przez moderatora. W związku z tym może minąć trochę czasu nim Twój wpis pojawi się na stronie. Prosimy o cierpliwość :).

Nie musisz podawać swojego adresu email. Jeśli to zrobisz, nie będzie opublikowany - przyda się, gdybyśmy chcieli się z Tobą skontaktować. Zachęcamy również do zapisywania się do newslettera!