Historia medycyny rodzinnej w Polsce

Medycyna Rodzinna jest jedną z najnowszych specjalizacji w Polsce. Została wprowadzona do polskiego systemu ochrony zdrowia około 20 lat temu na wzór systemu podstawowej opieki zdrowotnej (“Primary Care”) stosowanej przede wszystkim w Wielkiej Brytanii i w Holandii. Dr Jacek Bujko streści nam krótką historię tej specjalizacji w naszym kraju.

Wcześniej w Polsce obowiązywał bardzo niejednorodny system opieki, który faworyzował przede wszystkim mieszkańców największych miast, którzy mieli dostęp do ośrodków klinicznych i innych “spółdzielni profesorsko-ordynatorskich”. Rażąco zaniedbywał on wszystkich innych Polaków, którzy byli “uwiązani” do opieki w swoim “rejonie” i mieli dostęp do medycyny na poziomie, który można żartobliwie określić mianem chleba zagniatanego z pajęczyną. Ze względu na taką dysproporcję system ten był też bardzo korupcjogenny. W końcu zamożny człowiek z prowincji też chciał się dostać do profesora w wielkim mieście.

Mówi się o medycynie rodzinnej, że to najtrudniejsza specjalizacja, żeby ją robić dobrze i najłatwiejsza, żeby ją robić źle.

“Na prowincji” istniały gminne ośrodki zdrowia, których zadaniem było opiekowanie się mieszkańcami określonego obszaru zmuszonych do korzystania z konkretnego ośrodka zdrowia. Działo się tak ze względu na system zwany “rejonizacją”. Do dziś wśród starszych kolegów lekarzy i lekarek powtarzane jest stwierdzenie “kontrola w regionie/rejonie”. Obecnie oznacza on tyle co “kontrola u lekarza rodzinnego”. W takich ośrodkach pracował zazwyczaj zespół złożony z internisty, pediatry, ginekologa i stomatologa. Zdarzało się, że mieszkańcami “rejonu” opiekował się felczer, lekarz bez specjalizacji lub specjalista medycyny ogólnej (protoplasta medycyny rodzinnej).

Polskie Primary Care

Po przemianie systemowej na początku lat ‘90 nastał czas bardziej przyjazny wprowadzaniu istotnych zmian w systemie opieki zdrowotnej. Postanowiono przesunąć nacisk z kosztochłonnego leczenia szpitalnego w stronę opieki bliższej pacjentom w ich miejscu zamieszkania. Miało to wyrównać nierówności w dostępie do opieki medycznej. W ten sposób powstał w Polsce system Podstawowej Opieki Zdrowotnej, w którym docelowo mieli pracować wyłącznie specjaliści nowopowstałej medycyny rodzinnej.

Pomimo zapału rzeszy lekarzy, którzy chcieli wprowadzać wysokojakościową medycynę rodzinną w Polsce, uporanie się z przeogromnym brakiem kadr było dramatycznym wyzwaniem. Specjalizacja z medycyny rodzinnej trwała 4 lata, a kadry potrzebne były natychmiast. Do pracy w POZ brano więc każdego, kto “nie uciekł na drzewo” z łapanki w klinice. Prowadziło to przede wszystkim do tzw. “doboru negatywnego” czyli każdy, kto był zbyt słaby, by utrzymać się w klinice był “zsyłany” na stałe do pracy w POZ. Dodatkowo zaproponowano także niektórym specjalistom (m.in. internistom, pediatrom, chirurgom i ginekologom) tzw. “krótką ścieżkę” – po 6 miesiącach weekendowych kursów można było uzyskać tytuł specjalisty medycyny rodzinnej i wszelkie uprawnienia do pracy w POZ.

Czarny koń wśród karier

Traf jednak chciał, że miał miejsce pewnego rodzaju chichot losu – praca w POZ okazała się być bardzo lukratywnym i dużo spokojniejszym zajęciem niż praca szeregowego “szpitalnika”. Dodatkowo była pozbawiona męczących dyżurów i ostrych stanów zagrożenia życia. Wkrótce więc utytułowani naukowo lekarze zaczęli obserwować, że ich “gorsi” koledzy “na zsyłce” zarabiają więcej od nich, a także wcale nie muszą pracować w Wigilię ani też nosić teczki za ordynatorem… Nie trzeba dodawać, że w wielu lekarzach narosła spora doza frustracji, krytycyzmu i tęsknoty za “starymi dobrymi czasami”. Co daje się odczuć nawet po 20 latach od wprowadzenia reformy w ochronie zdrowia. Pokutuje też dramatycznie zła opinia lekarzy klinicystów o lekarzach rodzinnych potęgowana przez fakt specyfiki kadrowej POZ.

„…po 6 miesiącach weekendowych kursów można było uzyskać tytuł specjalisty medycyny rodzinnej i wszelkie uprawnienia do pracy w POZ”

Niestety po pierwszych sukcesach środowiska lekarzy rodzinnych spoczęły na laurach i przez te 20 lat w zasadzie nie udało się zbudować silnej pozycji medycyny rodzinnej w Polsce. Dalej zmagamy się z ogromnym brakiem kadr, a dodatkowo ostatnie lata były o tyle niekorzystne, że w siłę urosły ugrupowania nawołujące do “rozmontowania” POZ. To poskutkowało m.in. ustawowym powrotem do POZ lekarzy zupełnie do tego niewyszkolonych, czyli internistów i pediatrów. Przykra prawda jest taka, że sprawnie działająca opieka podstawowa działa na szkodę prężnie rozwijającemu się rynkowi prywatnych konsultacji specjalistycznych. Lekarze klinicyści są fatalnie opłacani i przemęczeni. Spokojny POZ to tak duży tort z pieniędzy, że każdy chce dorwać kolejny jego kawałek.

Obecnie

Medycyna rodzinna jest więc niesamowicie obszerną i wymagającą specjalizacją. Mówi się o niej, że to najtrudniejsza specjalizacja, żeby ją robić dobrze i najłatwiejsza, żeby ją robić źle. Z założenia więc powinny ją wybierać osoby zdolne, ambitne i samodzielne. Niestety rzadko ma to miejsce, ponieważ równocześnie POZ jest widziany jako “ośla łączka” medycyny. Zdarza się więc, że wybierają tę ścieżkę osoby, które chcą się ukryć za stertą papierów i robić jak najmniej. Byle tylko ktoś się do nich nie przyczepił. Ze względu na sposób opłacania POZ przez Narodowy Fundusz Zdrowia, powszechnie pokutuje podejście “czy się stoi czy się leży, pińcet złotych się należy!”. Im więcej umiesz, im więcej chcesz robić w POZ, im lepiej chcesz otoczyć pacjentów opieką, tym więcej kosztów generujesz dla swojej praktyki lub pracodawcy. Tym mniej atrakcyjnym pracownikiem jesteś dla menagera/dyrektora-kasiarza. A i on z bogatego, POZowego tortu chce wykroić jak najwięcej dla swojego centrum medycznego. Taka tradycja.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim!

Zobacz też

O autorze

Jacek Bujko
autor BML
Trener szermierki, specjalista medycyny rodzinnej, dumny ojciec. Członek zarządu Grupy Młodych Lekarzy i Rezydentów Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce oraz brytyjskiej organizacji lekarzy-zastępców NASGP. Doktorant Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego, prowadzi zajęcia z diagnostyki laboratoryjnej dla studentów III i IV roku Wydziału Lekarskiego. Ukończył szkolenie specjalizacyjne z medycyny rodzinnej w Szczecinie, dokształcał się w Holandii, Wielkiej Brytanii i Hiszpanii a zawodowo zajmuje się zastępstwami w POZ - pracował w licznych praktykach lekarzy rodzinnych w Polsce - więc wie co nieco o tym, jak może być, jak jest i jak bywa.

Jeden komentarz na temat “Historia medycyny rodzinnej w Polsce”:

  1. Hej, przede wszystkim gratuluję świetnej serii felietonów o medycynie rodzinnej i proszę o więcej! Jestem studentem 6 roku na WUMie i aktualnie jak większość studentów jestem zdezorientowany sytuacją z najbliższym LEKiem. Przez 6 lat studiów było mnóstwo frustrujących momentów, było też trochę tych bardziej pozytywnych. Od dwóch lat myślałem że chce być pediatrą, bo lubię pracować z dziećmi. Ale lubię też tak po prostu żyć i przerażająca jest wizja ciągłego dyżurowania. Nie, żebym był jakimś leniem i chciałbym wybrać jak najmniej wymagającą specjalizację, bo tak jak piszesz dobry lekarz rodzinny to osoba o ogromnej wiedzy i zaangażowaniu. Dlatego coraz więcej myślę o „rodzinnej” bo lubię żyć i lubię ludzi, a nie ganianie za profesorami na Banacha. Dzięki jeszcze raz za porządna garść informacji!

Dodaj komentarz

Ze względu na ochronę antyspamową komentarz każdego nowego użytkownika musi być zaakceptowany przez moderatora. W związku z tym może minąć trochę czasu nim Twój wpis pojawi się na stronie. Prosimy o cierpliwość :).

Nie musisz podawać swojego adresu email. Jeśli to zrobisz, nie będzie opublikowany - przyda się, gdybyśmy chcieli się z Tobą skontaktować. Zachęcamy również do zapisywania się do newslettera!