Dlaczego lekarze są chłopcami do bicia? Bo się dają.

„Tradycja” podłego wynagradzania lekarzy na etatach państwowych sięga głębokich czasów minionego (?) ustroju. Jest ona pieczołowicie kultywowana przez każdy kolejny rząd po okresie transformacji, a wtóruje jej ustawiczne podminowywanie publicznego zaufania do zawodu medycznego. Pozostaje zadać pytanie, dlaczego lekarze, którzy według wszelkich logicznych przesłanek powinni dyktować warunki swojego zatrudnienia, szarpią się, by otrzymać ochłapy pensji za pracę w urągających warunkach? Najprostsza odpowiedź: bo na to pozwalają.

Krótka subiektywna analiza rzeczywistości

Przyczynkiem do napisania tego felietonu była rozmowa ze starszą koleżanką – już specjalistą, na temat możliwych form protestu przeciwko obniżeniu stawki dyżurowej w jej szpitalu. Nie wdając się w nieistotne szczegóły, w trakcie rozmowy próbowaliśmy oszacować, ilu lekarzy zatrudnionych w jej szpitalu byłoby skłonnych wypowiedzieć klauzulę opt-out lub w inny sposób zamanifestować swoje niezadowolenie dla niskich stawek proponowanych przez dyrekcję. I wiecie co? To była bardzo smutna rozmowa. A, co najgorsze, można zrozumieć dlaczego.

Jak łatwo się domyślić, podstawowym i zasadniczym problemem stojącym nam na drodze było… zebranie odpowiedniego grona lekarzy skłonnych podjąć ryzyko powiedzenia “nie” i wystawienia się na potencjalnie związane z tym nieprzyjemności. Przyjrzę się możliwym przyczynom tak zachowawczego i – nazwijmy rzeczy po imieniu – patologicznego zachowania.

Konflikt pokoleń

O tym, że współżycie młodych adeptów sztuki lekarskiej z ich bardziej doświadczonymi kolegami nie jest sielanką, wiemy choćby z seriali o szpitalu w Leśnej Górze, czy nawet w Seattle. Czym innym są jednak drobne przytyki i granie na ambicjach, a czym innym brak solidarności.

Było to bardzo odczuwalne zwłaszcza w trakcie organizacji zeszłorocznego marszu Porozumienia Rezydentów. Owszem, zdarzały się chlubne przypadki udzielania oficjalnego wsparcia ze strony specjalistów, w tym światowej sławy profesorów – ale były to raczej miłe wyjątki, niż faktyczny głos poparcia ze strony starszego pokolenia.

Jakie mogą być przyczyny potencjalnej niechęci do współdziałania?

Specjaliści sobie poradzą – bo mają gabinety

Ustalmy – wszelkiej maści marsze, happeningi, protesty, czy nawet strajki mają na celowniku państwową ochronę zdrowia. W „prywacie” sprawa jest prosta – nie podobają Ci się warunki, idziesz gdzie indziej lub zakładasz własny biznes. Młodzi często nie mają luksusu wyboru, bo specjalizację mogą robić tylko w określonych miejscach, nierzadko jedynych w województwie. Dyrekcja o tym wie, starsi też. Wszyscy wiedzą, że państwowa opieka zdrowotna szoruje po dnie – i pacjenci, i lekarze, i nawet panowie w szarych garniturach w ministerstwach. Z wiekiem po prostu spada motywacja do walki o lepsze jutro, jeśli już dziś mogę sobie sam poradzić, na własnym poletku.

Trauma z przeszłości

„Za moich czasów było gorzej, ty się młody ciesz, że w ogóle możesz robić specjalizację” – ten argument wygrywa mój prywatny ranking cebulastych argumentów, jakimi raczą nas czasem starsi. Zacytuję oficjalną wypowiedź prof. Jerzego Kruszewskiego, zajmującego się w Naczelnej Izbie Lekarskiej kwestiami edukacji:

Młodym lekarzom nie jest ani lepiej, ani gorzej, niż było nam w ich wieku – tłumaczy. – Tylko młodzi teraz chcą wszystko dostać od razu – mówi. Obrazowo opisuje to za pomocą historycznego przykładu z zakładu szewskiego. – Taki młody czeladnik to najpierw przez rok biegał po zakupy dla żony szewca, drugi rok zamiatał tylko warsztat, a dopiero jak się nadał, to przybijał pierwszy gwoździk. A nasi młodzi czeladnicy często chcieliby od razu przybijać gwoździki.

Wtóruje mu Konstanty Radziwiłł analogiczną wypowiedzią z 2008 r.:

Do wybierania medycyny, a także specjalności deficytowych należy młodych ludzi namawiać atrakcyjnością zawodu; nie wolno jednak doprowadzić do sytuacji, w której osiągnięcie wymarzonego zawodu i specjalizacji będzie w zasięgu każdego. Do mistrzostwa w medycynie droga zawsze prowadziła przez pot i łzy. Taka próba ogniowa jest potrzebna.

Ryba psuje się od głowy. Kolejne pokolenia wychowywane w duchu „nie dla psa kiełbasa” wyrastają w przekonaniu słuszności takiego podejścia. Można więc zrozumieć, dlaczego tak często niechętnie wspierają rozwój swoich młodszych kolegów. Zrozumieć tak, wybaczyć już nie.

Wyuczona bezradność

Lata średnioudanych protestów, mobbingu ze strony dyrekcji, straszenia prokuratorem i medialnego szczucia na każdym zostawią swoje piętno. W sytuacji konfliktu totalnego z bezosobowym systemem możemy tylko przegrać. A takie podejście generuje wyuczoną bezradność, stan, który pomaga przetrwać, przezimować w swoim kokonie do nadejścia lepszych czasów. Kłopot polega na tym, że one nigdy nie nastały i, co gorsza, nie ma żadnych widoków, że nastaną.

Projekcje

Słyszeliście o lekarce, która zgłosiła dyrekcji, że w jej programie stażu nie ma dyżurów na SOR i w związku z tym nie będzie tam pracować mimo nakazu dyrektora? A o lekarzu, który wystosował list, w którym zgłasza, że obecne obciążenie pracą zagraża bezpieczeństwu pacjentów? I jak skończyli, gdzie teraz są? Leczą katary i biegunki w gminnych NPLach, gdzie pensje wypłaca się w jajku i mleku prosto od krowy? Być może. Nie wiemy nic na pewno. Ale każdy coś słyszał, każdy zna kogoś, kto się za bardzo stawiał, za głośno mówił nie i zbyt wystawał – i został ścięty. Taka świadomość skutecznie paraliżuje nasze przyszłe działania. Wyobraźnia podlewana strachem podsuwa nam spektakularne wizje końca naszej kariery zawsze wtedy, kiedy stajemy przed koniecznością zaoponowania. Często obawy te są grubo przesadzone i nie mają związku z rzeczywistością, potęgują strach i paraliżują.

Hierarchia, czyli kolejność dziobania

Hierarchiczność naszego środowiska sama w sobie nie jest zła. Jest sposobem uporządkowania relacji, jasno precyzuje tryb pracy i drabinę decyzyjności w kontekście opieki nad pacjentem. Problem zaczyna się, gdy przywileje te trafiają do ludzi zakompleksionych. Wtedy jesteśmy świadkami klinicznego Efektu Lucyfera pana Zimbardo.

Kontrakty – dziel i rządź

Wprowadzone w 2011 za kadencji Ewy Kopacz (ówcześnie na stanowisku Ministra Zdrowia) prawo zezwalające na „udzielanie świadczeń medycznych” w ramach działalności gospodarczej nałożyło na umysły wielu lekarzy mentalne złote kajdanki. Wielu specjalistów poczuło wiatr w żagle i zachłysnęło się możliwością – dosłownie nieograniczonej – pracy kontraktowej. Nagle śmieszne stawki godzinowe za pracę dyżurową nabrały nowego znaczenia, kiedy można było po prostu nie wychodzić z pracy.

Rozpoczął się wyścig po rekord – kto będzie więcej pracował. Dwieście, trzysta, czterysta godzin pracy w miesiącu? Potrzymaj mi piwo… kto, ja nie dam rady? I tak jak nastolatki przechwalają się, kto więcej wypił na imprezie poprzedniego dnia, tak lekarze zaczęli się licytować, kto mniej widział swoją żonę i dzieci, jakby to był jakiś powód do dumy…

Wprowadzenie kontraktów było genialnym posunięciem ze strony rządu. Działając wg starożytnej zasady divide et impera zostaliśmy rozegrani książkowo. Od tej pory Rząd może umywać ręce i używać retoryki „leniwych lekarzy”, wskazując wszystkim palcem limuzyny co bardziej zamożniejszych doktorów i pytając: „można”? W obecnym układzie los lekarzy jest, wg oficjalnej i akceptowanej społecznie retoryki, w ich rękach. Nagle głupio było narzekać na złe zarobki, skoro można dorobić kokosy „na boku”.

Opamiętanie przyszło z czasem, ale zbyt późno. Kolejne doniesienia o zgonie na n-tym dyżurze z rzędu z początku było anegdotą, potem ulubionym argumentem prokuratora. Kto był winny? Lekarze. I tym razem były to zarzuty słuszne. Nikt nie przystawił pistoletu do głowy i nie kazał pracować. Że kredyt i niska pensja w szpitalu? A ktoś próbował coś z tym zrobić, poza narzekaniem?

Diagnoza

Mleko się rozlało, a podziały zostały. Przyszli młodzi z Porozumienia i zdmuchnęli kurz ze związkowych struktur, powiedzieli „hej, chodźmy razem, zaprotestujmy”. I okazało się, że nie ma komu iść. Każdy umościł sobie jakieś gniazdko, swoją strefę komfortu. Nie ma nawet czasu zauważyć, że dzień zaczyna od narzekania i powoli wypala się zawodowo. Jest zbyt wiele do zrobienia i nie ma czasu na myślenie.

Ja nie winię starszych lekarzy za to, że odnaleźli swoje miejsce w życiu i przedkładają bezpieczeństwo swojej rodziny nad efemeryczną solidarność zawodową. Trudno jest walczyć o wspólne dobro, jeśli go… nie ma. Każdy ma teraz inne warunki pracy, żyje w swoim matrix’ie i jedynym punktem wspólnym jest stwierdzenie, że wszędzie jest źle, niekiedy po prostu znośnie.

Przed rozpoczęciem leczenia warto postawić diagnozę i być świadomym rokowań. Głównie po to, by mieć realne oczekiwania wobec terapii. Nie chodzi mi oto, by roztaczać mroczne fantasmagorie lekarskiej codzienności, tylko przedstawić sprawy, jakimi są – jest źle i jeszcze długo będzie. Ale jeśli nie będziemy robić nic, by to zmienić, to na pewno nigdy się to nie zmieni. A tak przynajmniej mamy jakieś szanse.

Co możemy zrobić?

Przede wszystkim – działać lokalnie. Szerzyć świadomość, szukać możliwych rozwiązań. Być wyrozumiałym dla koleżanek i kolegów z pracy, każdy ma swoje racje i zawsze znajdzie się jakaś wspólna przestrzeń w której można negocjować warunki pracy.

Pomocy prawnej mogą udzielić ludzie z Porozumienia Rezydentów, lokalnych izb lekarskich, związki zawodowe. Aktualnie trwa zbiórka podpisów pod obywatelskim projektem ustawy ws. warunków zatrudnienia w ochronie zdrowia. Zbieranie podpisów upływa 8 maja 2017r.!

A jak jest w Waszym przypadku? Czy dobrze układa się Wam w pracy z przełożonymi? Czy Wy i inni lekarze z Waszego otoczenia podzielacie pogląd, że nasze środowisko jest podzielone, czy może dobrze dogadujecie się ze sobą i razem solidarnie negocjujecie warunki pracy w sytuacjach konfliktowych? Piszcie w komentarzach, na facebooku lub na maila!

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim!

Zobacz też

O autorze

Krzysztof Ostaszewski
Redaktor Naczelny
Redaktor naczelny BML. Członek Porozumienia Rezydentów. W 2013 rozpoczął rezydenturę z onkologii klinicznej. W trakcie studiów wyjechał na praktyki do Austrii i Łotwy, odbył również roczne stypendium w Hiszpanii w ramach programu ERASMUS. Żegluje i jeździ po świecie rowerem. Dużo :-).
"Hasta la muerte, todo es vida." - Miguel de Cervantes, Don Quixote de la Mancha

Komentarze na temat “Dlaczego lekarze są chłopcami do bicia? Bo się dają.”:

  1. Całe to medyczne środowisko to jest zbieranina…


    Komentarz usunięty. Jeśli chce Pan, żeby Pana komentarz został opublikowany, proszę zachować kulturę wypowiedzi i poziom merytoryczny. Pozdrawiam, Krzysztof Ostaszewski.

  2. Nawet jak asystent nie przychodził na zajęcia to woleliście ględzić przez tydzień jakie to beznadziejne ojejujejujeju, ale przeciwstawić się, iść do profesora i opieprzyc asystenta już się baliście, BO ZROBI WEJSCIÓWKĘ, NIEE, OJEJU ODPUŚĆ, NO JUŻ TRUDNO. Tacy jesteście, takie jest to śmieszne medyczne towarzystwo, głupie ugrzecznione dziewczyneczki na macbooki za 7000 was stać, stetoskop oczywiscie najnowszy littmann, bo tańszy to na pewno gorszy, aha i buty koniecznie crocsy za 120zł z gumy, bo zwykłe drewniaki za 35zł nie są cool, a pozniej na protesty, bo za niska pensja.

    1. Nie, jak pani asystentka na alergologii nie przyszła na zajęcia i zagroziła kolejnego dnia że będziemy odrabiać w sobotę usłyszała krótki komentarz „ok, ale za 5 minut jesteśmy w dziekanacie” rura jej szybko zmiękła. (Rocznik 2009 więc już chwilę temu). Pensja jest niska i jest to obiektywny fakt, więc nie rozumiem po cot en jad dotyczący mcbooków i crocsów? Co normalna osoba pracująca nie może kupić mcbooka?

    2. Crocsy z gumy są „ciche”. Widać, ze nigdy nie byłeś w szpitalu, ani jako pacjent, ani personel. Drewniaki to przeżytek minionej epoki, kiedy wszyscy chodzili w drewniakach nie zważając na lezących pacjentów i hałas jaki robiły na całym oddziale. Jeżeli to śmieszne medyczne towarzystwo tak Cię drażni to dlaczego tu wchodzisz i czytasz posty o lekarskim życiu i pracy? Jakieś niespełnione marzenia? Frustracja? Żal?

    3. Zgadzam się jak nigdy z nikim. Może w 2009 roku studenci potrafili się postawić, tam gdzie trzeba. Co najmniej od 2012 nie potrafią. Mają kompletnie w nosie sprawy społeczne i jak zwykle wszyscy z ręką w nocniku się obudzili, że niskie pensje. Zmian systemowych nie wprowadza się tak, o, jednym protestem, jednym podpisem. Miesiąc kampanii społecznej – tyle wystarczyło większości „działaczy”, żeby się zniechęcili. Śmiać się chce. Lekarze będą mało zarabiać, bo tego właśnie chcą.
      Co do ugrzecznionych dziewczynek, to nie pojmuję, jak realia pracy mogły je zdziwić na 4 roku studiów. Przez 4 lata były ochy i achy, jakimi to doktorami będą. Ja dziwna będąc w liceum czytałam o tych wszystkich problemach z robieniem specjalizacji. Miesiąc w internecie wystarczył mi, żeby rękami i nogami bronić się przed „wspaniałą medycyną”.
      Nie żałuję, bo w sumie śmieszne to jest. 🙂

  3. Jestem obecnie na stażu i ile razy w pracy nie wspomnę o zarobkach czy zbieraniu podpisów to od starszych kolegów słyszę niezmiennie, że „kiedyś było gorzej”. Jedna sympatyczna pani doktor stwierdziła nawet, że 1400 zł na miesiąc to „nie jest wcale tak źle”. Inna rozmowa jest z rezydentami (zwłaszcza młodszych lat) i stażystami- tu jest duża jedność w walce o lepsze warunki pracy. O zdaniach i wsparciu innych zawodów medycznych w moim miejscu pracy nie chcę nawet pisać, bo nie lubię podnosić sobie RR na noc. Czołem! 🙂

    1. Zbieranie podpisow jest bez sensu. Albo wymagajcie of Izb Lekarskich aby dzialaly jako Zwiazek Zawodowy Lekarzy, bo biora skladke jak zwiazek zawodowy, procentowo of waszych pensji, albo sprawcie aby Izby lekarskie pobieraly oplaty kwotowo za wydanie licencji I zalozcie prawdziwy zwiazek zawodowy aby reprezentowal wasze interesy.

      Najlepsza forma nacisku na pracodawce jest przejscie na niepelny wymiar pracy tak aby tylko miec oplacone ubezpieczenia spoleczne i dodatkowa praca na wynegocjowanych warunkach.

      Nie jest to odejscie of lozek pacjentow tylko ograniczenie dofinansowywania zbyt nisko oplacana praca niewydolnej sluzby zdrowia.

      Nawet gdyby wszyscy lekarze pracowaki za darmo i tak nie wystarczy pieniedzy z sluzbie zdrowia, bo korporacje farmaceutyczne podniasa ceny.

      Dla przykladu w USA ceny lekow przed rabatem sa dwudziestokrotnie wyzsze niz w Polsce.
      Dostawcy pradu, ciepla, jedzenia nie biora mniej dlatego, ze to na szczytny cel sluzby zdrowiu, dlatego lekarze nie powinni pracowac za mniej niz w prywatnej praktyce.

  4. A może zamiast głędzić i zbierać podpisy pójść z opcję ofensywną na wzór Brytyjskiego związku lekarzy w trakcie specjalizacji gdzie szef tego związku na wzór Spółki Parkitki w Częstochowie trzyma za „kojones” cały Brytyjski rząd a nie tylko dyrekcję największego szpitala wojewódzkiego w regionie… Niezależna Izba młodych lekarzy im. ofiar Oświęcimia, dobry prawnik i jednomyślnie solidarność w niestawianiu się jednego tego samego dnia do pracy lub nie podpisywania śmiesznych kontraktów przez wszystkie 15tys członków zdziałają cuda …. Przyczyną powodzenia reformy podwyżkowej w Czechach była 80% bezterminowa chorobowa absencja lekarzy w jednym województwie i tylko zapowiedź tego samego w pozostałych…

Dodaj komentarz

Ze względu na ochronę antyspamową komentarz każdego nowego użytkownika musi być zaakceptowany przez moderatora. W związku z tym może minąć trochę czasu nim Twój wpis pojawi się na stronie. Prosimy o cierpliwość :).

Nie musisz podawać swojego adresu email. Jeśli to zrobisz, nie będzie opublikowany - przyda się, gdybyśmy chcieli się z Tobą skontaktować. Zachęcamy również do zapisywania się do newslettera!