Rwanda: Misja medyczna? Dlaczego nie?!

Po głowach wielu młodych medyków krąży myśl o wyjeździe na misję medyczną. Motywem może być łączenie pracy z podróżowaniem, czy chęć pomagania innym.
We mnie pomysł wyjazdu zrodził się jeszcze przed pójściem na studia i żadnym sposobem nie udało mi się go z głowy wyplenić. Postanowiłam wcielić go w życie.
Skończyłam staż, załatwiłam formalności, spakowałam walizy i wyjechałam do Rwandy. Spędziłam w sercu Afryki 4 miesiące. Jak było? Przekonajcie się sami. Zabieram Was w podróż u boku lekarza – misjonarza.

Rwanda – w miejscowym języku kinyarwanda oznacza kraj tysiąca wzgórz. Krajobraz nie jest typowym obrazem Afryki, który znacie z filmów. Nie ma rozłożystych drzew akacjowych, ani spalonych słońcem traw. Jest górzyście, zielono, kolory są wyraziste. Mieszkałam na szczycie wzgórza, na wysokości dwóch tysięcy metrów, co sprawiało, że temperatura była bardzo sprzyjająca – około 20 stopni. Dla mnie idealnie, zważywszy czas mojego wyjazdu przypadł na okres nie łaskawej, polskiej zimy.

Pracowałam jako wolontariuszka w szpitalu w Nemba, małej wiosce na północy Rwandy. Takie doświadczenie daje możliwości jak żaden inny wyjazd turystyczny. Pozwala obserwować z bliska prawdziwe życie lokalnej społeczności. Afrykańska codzienność nie jest tak bajeczna jak otaczający krajobraz.  Nie można zapomnieć, że Rwanda to jeden z najbiedniejszych krajów na świecie i niedawno zakończył się tam krwawy konflikt na tle plemiennym. Bieda jest wszechogarniająca, warunki życia miejscowych dla nas nie do pojęcia, niedożywione dzieci… Czy to odpowiednie miejsce na pierwszy wolontariat dla młodej Europejki, która pierwszy raz odwiedza czarny ląd? Przede wszystkim jest tam bezpiecznie, a w całej nędzy dostrzec można światełko w tunelu! System opieki medycznej jest sprawnie zorganizowany – są szpitale i podlegające im centra zdrowia (coś na kształt naszych przychodni); prawie każdy obywatel jest ubezpieczony, co sprawia, że wszystkim można zaproponować podstawowe leczenie, a nie odprawiać z kwitkiem.

Welcome to Nemba hospital

Szpital w  Nemba, służy populacji blisko ćwierć miliona osób. Powstał dzięki pomocy organizacji Medicus Mundi International. Przez 40 lat jego istnienia, utworzono 170 łóżek dla najbardziej potrzebujących pacjentów oraz przyszpitalną przychodnię do której codziennie zgłaszała się około setka chorych. Są specjalistyczne oddziały, choć pracuje tam tylko garstka lekarzy ogólnych. To oznacza, że ten sam lekarz przyjmuje w przychodni, robi cięcia cesarskie, operuje, samodzielnie analizuje wszystkie badania diagnostyczne.

Oddawaj mój stetoskop!

W udziale przypadło mi zajęcie się Oddziałem Chorób Wewnętrznych. Codziennie widziałam od 40 do 80 chorych. I tak właśnie ja – 25-letni medyk z niespełna półtorarocznym stażem pracy stałam się lekarzem prowadzącym dla całej interny. Czy dawałam sobie radę? Musiałam! Zlecałam badania,  leczenie. Jak znaleźć czas na taką liczbę chorych? 10 godzin, które spędzałam codziennie w szpitalu, w stu procentach poświęcałam pacjentom. Nie ograniczała mnie biurokracja, tak jak się to często zdarza w Polsce.

Na Internie miałam pacjentów chorujący na tyfus, malarię, z zatruciami, biegunką, cukrzycą i wiele wiele innych. Niezły przekrój, co? I radź sobie teraz z tym wszystkim, szczególnie, jeśli część z tych chorób pierwszy raz widzisz na oczy. Z chorób zakaźnych dominuje tyfus. Ta choroba spędzała sen z powiek zarówno mnie jak i moim pacjentom. Ma bardzo ciężki przebieg, chorego trawi taka gorączka, że brakuje skali na termometrze i utrzymuje się ponad tydzień, pomimo antybiotykoterapii. Pacjent zwija się od silnych bólów brzucha. Infekcja bardzo często daje powikłania wymagające interwencji chirurga.  Malaria to przy tyfusie „pikuś“ miejscowi lekarze i pielęgniarki mieli z nią dużo styczności, dzięki czemu diagnozują i leczą ją bardzo sprawnie.

Pierwszy wyleczony pacjent

Przed wyjazdem bałam się, że nie będę potrafiła poradzić sobie z chorobami zakaźnymi. Zupełnie niepotrzebnie, bo właśnie w tym temacie lokalsi są “zaprawieni w bojach”. Brakuje za to specjalistów od chorób przewlekłych, które w Afryce, wbrew powszechnemu przekonaniu, stanowią plagę.

A co tyczy się możliwości diagnostycznych – oprócz rąk i stetoskopu, miałam do dyspozycji RTG, EKG i całkiem niezły aparat USG. Cała moja wiedza, dotycząca tego ostatniego, to dwugodzinny kurs na studiach. Głupio by było nie wykorzystać możliwości, pomyślałam, patrzeć jak aparat stoi w kącie i się kurzy. Otworzyłam youtuba, odszukałam w internecie pdf-y książek i sama nauczyłam się robić USG. Kilka wykonanych badań dziennie, i powiem Wam, że zaczynałam “coś widzieć”! Praca na misji medycznej to bycie zdanym tylko na siebie i na własne umiejętności. Te warunki sprawiają, że uczymy się bardzo szybko, bo trzeba działać i samodzielnie podejmować decyzje.

Rwandyjka karetka. imbangukiragutabara. po dwóch miesiącach już byłam w stanie to wymówić 🙂

Komunikacja. Z tym jest zawsze najciężej. W Rwandzie językami urzędowymi są francuski i angielski, ale nie myślcie sobie, że ktokolwiek na wsi nimi włada.
Nauczyłam się podstaw niezbędnych do komunikacji z pacjentem w miejscowym kinyarwanda, choć zawsze słyszałam podśmiewanie z moich nieudolnych prób pytania, jak się mają: Amakuru? Umeze ute? Choć pozwalało to chociaż na przełamanie pierwszych lodów. Przy moim boku zawsze musiał być pielęgniarz lub stażysta, aby pomagać w tłumaczeniu z miejscowego dialektu na francuski. Tak jak widzicie, wyjazd na misje to też dobra motywacja do nauki języka obcego.

Jeśli myślicie, że wyjedziecie na wolontariat na 2 tygodnie i zmienicie oblicze lokalnej medycyny, to jesteście w błędzie. Zdobycie zaufania personelu to zadanie, które wymaga przede wszystkim czasu. Dlatego im dłużej zostaniecie na miejscu, tym lepiej. Ja spędziłam w Rwandzie 4 miesiące. Pierwsze tygodnie to było żmudne budowanie zespołu Po czasie współpraca układała nam się świetnie. Gdyby nie moi pielęgniarze, nie byłabym nawet w stanie porozumieć się z pacjentami! Tworzyliśmy bardzo zgrany team, wspólnie pracowaliśmy nad poprawą jakości opieki nad pacjentem. Porównując funkcjonowanie oddziału, który zastałam po przyjeździe, a który zostawiałam wyjeżdżając, to niebo a ziemia! To był bardzo intensywny czas, który spędziliśmy z korzyścią dla obu stron.

Pieczątka musi być!

Tym artykułem chcę zachęcić wszystkich “wahających się” do podjęcia wyzwania i wyjazdu na misje w celu pomocy tym najbardziej potrzebującym. Wy się czegoś nauczycie, jednocześnie ucząc innych. Czy to nie wspaniałe? Nie bójcie się, że sobie nie poradzicie. W krajach rozwijających się, każde ręce do pomocy są potrzebne. Zapewniam Was, że wiedza zdobyta podczas studiów i pracy w Polsce doskonale znajdzie swoje zastosowanie.

Murabeho!

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim!

Zobacz też

O autorze

Małgorzata Osmola
wpis gościnny
Rwanda to jej drugi dom. Spędziła kilka miesięcy na misji medycznej. Obecnie lekarz rezydent z dziedziny onkologii klinicznej. Odbyła część studiów we Francji w ramach ERASMUS-a. Lubi pływać wpław po jeziorach. A może sam chcesz pojechać na misję?
"Dziecko ty chyba guza szukasz." - moja Mama

Komentarze na temat “Rwanda: Misja medyczna? Dlaczego nie?!”:

    1. Precyzując kwestie bezpieczenstwa: obecnie w Rwandzie nie ma konfliktu, czytaj ludzie nie mordują sie na ulicach jak np. W sąsiednim Kongu.
      Rwanda to państwo policyjne – na kazdym rogu jest policjant z kałachem który umozliwia bezpieczne chodzenie po ulicy, nawet po zmroku, bez obaw ze ktoś cie okradnie.
      Przy kazdym wejsciu do szpitala byli panowie strażnicy, ktorzy legitymowali wizytujacych i chronili przed najazdem rodzin chorych – max liczba osób przy łóżku chorego to 2, przez maksymalnie 2 godziny.
      Poza tym jak jest sie wiejskim lekarzem to ma sie specjslne prawa. Lokalna ludność cie chroni i pomaga. Robi to z jednej strony z szacunku a z drugiej ze strachu, ze jak wylądują w szpitalu to ich otrujesz.
      Podczas pobytu w Rwandzie nie mialam nawet jednej sytuacji w ktorej moje bezpieczebstwo było bezposrednio zagrożone

  1. Hej!

    Kilka razy zdarzyło mi się myślec o takim wyjeździe, w sumie był to mój motywator początkowy, aby pójść na te studia. Mam pytanie o to do kogo, albo gdzie należy się zwrócić z ogarnięciem takiego wyjazdu. Czy jednak wszystko pozostaje w naszych rękach 😉
    Takie ostatnie pytanie, to gdzie można szukać informacji na te tematy 🙂

    Z góry dziękuje za odpowiedź!

    1. Cześć! Fajnie, że o to pytasz. Ja miałam podobne motywy pójścia na studia medyczne, tyle, że wcieliłam swój plan w zycie.
      Ja w gruncie rzeczy organizowałam ten wyjazd sama, ale to, czy uda Ci się wyjechać z organizacją zależy od Twojego stażu pracy, wybranej specjalizacji i kilku innych czynników.
      Moimi doświadczeniami z przygotowań dzielę się w ostatniej części wpisu na BML, zapraszam tu:
      http://www.bedacmlodymlekarzem.pl/2017/06/i-ty-mozesz-zostac-misjonarzem/

Dodaj komentarz

Ze względu na ochronę antyspamową komentarz każdego nowego użytkownika musi być zaakceptowany przez moderatora. W związku z tym może minąć trochę czasu nim Twój wpis pojawi się na stronie. Prosimy o cierpliwość :).

Nie musisz podawać swojego adresu email. Jeśli to zrobisz, nie będzie opublikowany - przyda się, gdybyśmy chcieli się z Tobą skontaktować. Zachęcamy również do zapisywania się do newslettera!